This forum uses cookies
This forum makes use of cookies to store your login information if you are registered, and your last visit if you are not. Cookies are small text documents stored on your computer; the cookies set by this forum can only be used on this website and pose no security risk. Cookies on this forum also track the specific topics you have read and when you last read them. Please confirm whether you accept or reject these cookies being set.

A cookie will be stored in your browser regardless of choice to prevent you being asked this question again. You will be able to change your cookie settings at any time using the link in the footer.

Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Skrajna nieporadność życiowa i fobia społeczna - co robić?
W kwestii zaufania to myślę, że po prostu nie można mówić wszystkim dookoła o swoich sprawach, problemach i słabych stronach, żeby ktoś tego nie mógł wykorzystać. W zasadzie tylko do tego sprowadzałbym zaufanie.

Jeśli ktoś nie ma majątku skumulowanego przez rodzinę, najlepiej przez kilka pokoleń (a w Polsce ze względu na historię prawie nie ma rodzin kumulujących majątek całymi pokoleniami), to znajomością są jedną z najlepszych możliwości na zdobycie pierwszego miliona. A potem już może polecieć siłą rozpędu. Kulczyk swój majątek zdobył dzięki znajomościom.

Mężczyzn też można "uwodzić". I na tym korzystać. "Ludzie ludzi robią". Są goście przy kasie / mający kontakty biznesowe / mający dzieci / wnuki które mogą posłużyć do robienia kasy i kontaktów. Trzeba nauczyć się wkradać w odpowiednie środowisko i tam budować networking. Wkręcenie się w takie grupy nie jest proste, bo trzeba mieć jakiś dowód społeczny, ale pewne rzeczy można udawać. Mało to oszustów udających milionerów? Gdy pracowałem w niewielkiej firmie w Warszawie i czasem jeździłem na spotkania z szefem oraz robiłem częściowo jako jego "sekretarka", to widziałem różnice w mentalności między mną, a nim, jego znajomymi i rodziną. Widziałem, gdzie bywali, gdzie jeździli na wakacje, czym się zajmowali. To była klasa średnia, gdzie ja byłem biedakiem z małego miasta, świeżo po studiach.

Na pewno nie polecam dużo czytać na temat relacji międzyludzkich. Wiem, że pewnie dziwnie to brzmi, tym bardziej, że kiedyś rozmawialiśmy tutaj o metodach nauki umiejętności społecznych i o książkach typu "Jak zdobyć przyjaciół..." czy o coachach, ale już wyjaśniam.

Sam kiedyś czytałem dużo - "Mowa ciała" od Allain i Barbara Pease, "Błąd Kartezjusza", "Inteligencja emocjonalna" Daniela Golemana, "Jak zdobyć przyjaciół...", 'Jak przestać się martwić i zacząć żyć" i pewnie jeszcze coś tam by się znalazło.

Dużo to nie dało. Z prostej przyczyny - czytając miałem poczucie, że coś robię, chociaż nic w rzeczywistości nie zrobiłem. Co prawda do nikogo dziś nie zagadałem i byłem dla ludzi gburem-dziwakiem, ale poczytałem książkę, więc coś tam zrobiłem, jest spoko.

Dodatkowo, jeśli ktoś jest osobą mocno rozmyślającą, lękową, neurotyczną, to takie lektury tylko dołożą bagażu do rozmyśleń i przez to odciągną od działania i poprawy.

W pewnym momencie się opamiętałem od tego czytania i wyszedłem do najbliższego klubu. Zamówiłem drinka i sobie stałem przy barze, obserwowałem zachowanie ludzi. I jak ktoś przychodził do baru, to czasem rzucałem jakieś zdanie. No i szło świetnie. Idealny small talk.

Ten wieczór dał mi dużo więcej do myślenia, niż tygodnie czytania. Ale też muszę przyznać, że w trakcie tych interakcji starałem się stosować rady z książek. Tylko tu naprawdę nie trzeba dużo wiedzieć.

Podstawy to:
- nastawienie psychiczne "do zewnątrz" nie "do wewnątrz", czyli obserwujesz i komentujesz w głowie otoczenie, a nie samego siebie, swój wygląd, ubiór, osiągnięcia i znaczenie w świecie, postawę, wzrost itp;

- zainteresowanie drugą stroną + brak postawy oceniającej / umoralniającej drugą stronę - bardzo ważne. Ludzie lubią kiedy ktoś się nimi interesuje, a gdy czują, że za błędy, pomyłki, głupoty nie będą oceniani i krytykowani, to czują sie swobodnie i chcą razem przebywać. Ważna jest mowa ciała, czyli bycie spokojnym i opanowanym, otwarta postawa, ciało ma mówić "słucham cię" (np. brak zainteresowania można poznać po stopach zwróconych do wyjścia);

- pozytywne nastawienie, jako nawyk. Codziennie rano i wieczorem przypominaj sobie, za co jesteś wdzięczny. Na przykład że jesteś zdrowy, że coś ci się udało. Ja od marca do dziś praktykuję pisanie każdego wieczoru takiego pamiętnika. Zebrało się już sporo pełnych zeszytów. Już kilka razy wspominałem, że to jest nie do przecenienia;

- higiena życia, zdrowie. Jeśli ktoś jest niewyspany plus / lub ma spadek cukru we krwi to będzie chodził nerwowy i aspołeczny, nieważne jakim jest człowiekiem i jakie ma nawyki. Trzeba dbać o siebie, chodzić spać wcześniej, wychodzić na słońce, dobrze się odżywiać. No ale tutaj to już pałeczkę oddaję Tomakinowi i innym, bo mogę tylko rzucać ogólniki.

Czasem nawet myślałem, co bym poradził samemu sobie patrząc na moje pierwsze posty w tym temaciem. Pomijając uzależnienie emocjonalne od matki i problemy z pracą zawodową, to w kwestiach towarzystkich sam sobie miałbym dużo do powiedzenia.

No i tak - jak jesteś całkowicie samotny i w ogóle bez znajomych, na przykład stawiasz pierwsze kroki w nowym miejscu zamieszkania, to moim zdaniem powinieneś wyjść właśnie na jakiś dłuższy kurs, chociażby jakieś bezwzrokowe pisanie na klawiaturze, coś z grafiki, jakieś zajawki komputerowe, angielski, nauka języka egzotycznego, szybkie czytanie, fitnessy h, joga, cokolwiek. Przeważnie są tam grupy złożone z 5-10 osób i praktycznie zawsze, jak trafisz do dobrej grupy, komunikatywnej (zdarza się często, ale trzeba szukać) jest jakaś integracja między jej członkami.

Jak będzie jakaś integracja, to ppodpinasz się, stawiasz komuś piwko na zachętę, small talkujesz - "co robisz? czym się zajmujesz? dlaczego ten kurs?" i tak dalej, ogólnie sprawy związane z sytuacją bieżącą. Rozmawiasz aktywnie z uśmiechem na ustach. A czy po tobie widać depresję, czy nie - nikogo to nie obchodzi. Masz się uśmiechać i fejkować pewność siebie, aż się takim człowiekiem staniesz. Każdy tak robił, robi i będzie robić, bo nie ma innego rozwiązania.

Przyjrzyj się bliskiemu sąsiedztwu. Miesiąc temu zgadałem się z fajną sąsiadką Poznaliśmy się, jak rower na korytarzu naprawiałem. Gadka szmatka o kluczu imbusowym (XD), powiedziałem, że rozwożę żarcie. Zaprosiłem na herbatę, wymieniliśmy się książkami. Potem raz ja do niej poszedłem, raz ona do mnie, poznała mnie ze swoimi koleżankami, ja ją ze swoją ekipą i już nagle nie znasz jedynie 5 osób, tylko 15-20 i to zupełnie wystarczy niektórym do końca życia. Ja mam w zasadzie dwóch przyjaciół (ludzi, z którymi nie straciłem nigdy kontaktu i których znam od zawsze) i naprawdę wiele mnie kosztuje czasu oraz energii, żeby te dwie osoby ogarnąć na dobrym poziomie. Trzeba się spotkać, przygotować, zaplanować. Jedna osoba, dwie i taka ekipa absolutnie wystarczy do szczęścia. Mam tu na myśli taką podstawową higienę mentalną, bo znajomości biznesowe to nieco inna para kaloszy i tu sie liczy zarówno ilość, jak i jakość.


Z sąsiadami trzeba gadać, pytać o coś, chodzić na spotkania spółdzielni mieszkaniowej, jakieś problemy wspólne starać się rozwiązać. Po prostu po to, żeby poznać sąsiedztwo, bo ci ludzie na pewno też cię kojarzą. Ja wynajmuję mieszkanie od funduszu i miałem w sumie dwa takie spotkania, gdzie na każdym spokojnie przeprowadziłem 10-15 rozmów na różne tematy związane ze wspólnym. Ale z reguły ludzie ze sobą gadają także przed i po, niektórzy idą później na jakąś kawkę do siebie i tak to się kręci.

Najbliższe otoczenie trzeba monitorować mocno.

Grupy FB hobbystyczne, pochodne. To też już mówiłem, ale grup typu "Aktywny Poznań / Wrocław / Wąhock... jest mnóstwo. Widziałem, że ludzie zbierają się w jednym miejscu na osiedlu, żeby wspólnie biegać. Kiedyś poszedłem wieczorem zobaczyć, to od cholery ludzi było. Po prostu masa ludzka. Kto chciał, to coś tam pogadał, a jak nie to nie, sobie biegniesz. Sporo tego jest - rowery, rolki, łyżwy, siatkówka, nawet freesbie, tylko trzeba poszukać.

Trzeba zwyczajnie rozmawiać. Większość ludzi nie ma pojęcia, w jaki sposób się przyjaźnić, czy w ogóle z kimś znać nieco bliżej. To wymaga wykazania dużej inicjatywy, ale kiedy już się stworzy zaufany krąg, to ten krąg zaczyna do ciebie wychodzić z inicjatywą. Jak dobrze zainwestujesz swój czas, to swoje odbierzesz. To inwestycja długoterminowa.

Warto się poświęcić, to jest coś prawdziwego, co może przetrwać świat klaunów. Porażki będą, ale jak mówię wystarczy jeden sprawiedliwy, dopasowany ktoś do ciebie i już będziesz miał wiele nowych możliwości. Jeden człowiek.

Kurła, nawet w pociągu czy autobusie można poznać ludzi. Jak wracałem ze Szwajcarii, to poznałem laskę robiącą cosplaye i uczestniczącą w LARPach. Widzieliśmy sie później na Pyrkonie. Ostatnio jak jechałem pociągiem, to z trzema osobami przegadałem prawie całą drogę i to na naprawdę ciekawe tematy. Patrzę, co ludzie czytają, jesli mają jakąś książkę lub czasopismo i staram się znaleźć dobry moment, żeby zagaić i sprawdzić, czy ktoś chce podjąć rozmowę. Sam też zawsze mam jakieś czasopismo w pociągu, więc bywa, że ktoś mnie zagai o to. Zaczęło się o żartach na temat fake newsów, a skończyło na nowych technologiach i przyszłości ludzkości. Jak się otworzysz, to wszędzie będzie opcja.

Ostatnio poznałem zwariowaną laskę w parku. Przysiadłem się do niej na ławce i zwyczajnie się przedstawiłem, zapytałem co słychać. I tyle. Ręka, przedstawiasz się, "co słychać?", pytasz o coś i już. Tak to wygląda. Żadnej kosmicznej technologii. Fakt, że miałem ze sobą plecak Glovo do rozwożenia żarcia, bo miałem akurat wtedy przerwę między zamówieniami, więc nie wyglądałem na creepa.

Jak się nie wykaże inicjatywy, to się nic nie zrobi. Po to jest właśnie small talk, podstawowe pytania, "cześć, co u ciebie?", "cześć, jestem Temper, co u ciebie?", "Cześć, jestem Temper, co słychać?". Jak się gadka skończy na jednym zdaniu, to tyle, spoko, miłego dzionka i dalej idziesz. Nie każdy lubi, nie każdy chce, nie każdy ma nastrój. A z niektórymi wchodzi gadka momentalnie.

Jak tak zaczniesz się przedstawiać, witać miło to i ludzie ciebie zaczną kojarzyć i posługiwać się twoim imieniem. Tak to działa w stadzie. Ty informujesz kim jesteś, więc stajesz się zaufany, bezpieczny. "Cześć, hej, jestem Temper, wszystko gra?" No i masz otwarcie na wszystkie sytuacje. Otwarcie uzależnione od towarzystwa, inteligencji, da się to szybko ocenić. Czy to jest aż takie trudne? Przecież nikt cię nie zapierdoli, co najwyżej odpowie "siemka, a wszystko ok" i pomilczycie chwilę w dykomforcie, a potem się rozejdziecie. Ale może akurat komuś mentalnej sraczki się zachciało i nie miał wcześniej komu się wygadać. Smile

Może nie rozumiem ludzi całkowicie aspołecznych, ale żeby nie móc powiedzieć do kogoś "cześć, jestem XXX, co słychać?" to naprawdę jakaś abominacja. Poza tym każdy ma problemy. Uśmiechasz się nie dla innych, ale sam dla siebie. I to z ciebie wynika klimat zaufania, bezpieczeństwa, pewności. Jeżeli wierzysz w to, co mówisz, a to może być największa bzdura, to i tak ludzie ci uwierzą. Komunikacja odbywa się w około 70 % niewerbalnie. Fejkuj, aż stanie się rzeczywistością.

A jak w ogóle się boisz, jesteś totalnie aspołeczny, nic nie zagadujesz, siedzisz na dupie, to zacznij chociaż obserwować, jak się zachowują normiki, ekstrawertycy, inni ludzie, jak zaczynają rozmowy, jak wyglądają, w jakich sytuacjach to się odbywa i MODELUJ zachowanie. Ucz się na podstawie obserwacji interakcji innych. Co mówi na początku, jak się porusza, jak stoi, czy się uśmiecha, a może nie, jaka postawa i tak dalej. Obserwuj, aż zrozumiesz, że chodzi nie o znalezienie człowieka, ale o znalezienie człowieka pod ciebie. To jest cel sam w sobie.

Umiejętności społeczne to umiejętności, które trzeba nabyć, jak nauka jazdy rowerem czy tam obsługi jakiegoś elektronarzędzia. Tutaj nie ma żadnej filozofii. Small talk działa, bo robi z czasem flow towarzyskie, stajesz się bardziej płynny i przechodzisz do zaawansowanych tematów lub własnych. Tak to właśnie działa i działać będzie, bo tak jest człowiek zbudowany i tak funkcjonuje język, komunikacja niewerbalna. Jak z góry pokazujesz, że jesteś zamknięty, depresyjny to nikt nie będzie chciał się zbliżać, bo nikomu dodatkowe problemy nie są potrzebne.

Zawsze to powtarzałem i potwarzam. O ile ktoś nie jest naprawdę głęboko upośledzony i ze względów medycznych nie może narażać się na stres, to powinien przełamać poprzez terapię szokową. Od razu na głęboką wodę. A nie siedzieć i się ze sobą i we własnej sytuacji męczyć.
Odpowiedz
Kurcze, jedna rzecz mocno mi się nie podoba w tym wywodzie.

Mianowicie nie bierzesz pod uwagę zjawiska "wyuczonej bezradności". Tego, że jeśli ktoś przez lata spotykał się z odmową, to takie przełamanie się, powiedzenie "cześć" jest naprawdę DUŻYM wyzwaniem. Spójrz po sobie, jaki miałeś problem z odmówieniem czegoś matce. Jak kombinowałeś, wyprowadziłeś się do innego miasta, bo podświadomie wiedziałeś, że będąc z nią na co dzień, w końcu byś się złamał.

Czym innym jest zresztą zagadanie do laski, gdy ma się prawie 2 metry wzrostu, czym innym jak jest się niskim brzydalem, jakbyś z 5 razy usłyszał "spierdalaj" to 6 raz nie podszedłbyś już tak śmiało. A jakbyś usłyszał 500 razy?

Umiejętność "small talku" to też... no własnie, umiejętność. Owszem, trzeba to robić, żeby się w tym ćwiczyć, ale jeśli nie wie się CO ćwiczyć, w którym kierunku się rozwijać, to można całe życie być wkurwiającym gościem którego wszyscy unikają. Mało takich, co całe życie gadają i całe życie robią to źle? A jak ktoś nie tylko nie umie dobrze gadać, ale wręcz w ogóle nie umie, to dłuuuuga droga przed nim.

Już nie gadaj, że czytanie książek to takie mocne "zastępowanie" i sprawia, że nie podejmuje się wyzwań. Ile tych książek jest, 5 wszystkiego? W parę tygodni je przeczytasz. A to może sprawić, że pierwsze próby kontaktu nie zakończą się odrzuceniem i porażką, przez które będzie dużo trudniej przełamać się do kolejnego.

Patrzysz z perspektywy normalnego gościa, który wpadł w lekko kłopotliwą sytuację. Nie spojrzysz z perspektywy "przegrywa", bo nim nie jesteś.
Odpowiedz
Wiadomo, patrzę przede wszystkim ze swojej perspektywy, ale zastanów się, czy Twoją perspektywą w tej chwili nie jest szukanie wymówek za wszelką cenę. Czy moje 2 metry wzrostu mają duże znaczenie w rozmowach międzyludzkich? Ile razy faktycznie usłyszałeś "spierdalaj" podczas rozmowy z kimś obcym gdzieś w klubie, na mieście, w sklepie, urzędzie czy gdziekolwiek? Czy sąsiedzi tak odpowiadają, jak się np. zagai o pogodę? Może parę razy mi się tak trafiło, ale to w całym moim życiu, a i tak ledwo to pamiętam, bo co tu rozpamiętywać? A jeszcze mówisz, że ktoś to może słyszeć 500 razy. To jest chochoł, takie sytuacje się nie zdarzają. Nie wierzę, że powiedzenie "cześć" może być DUŻYM wyzwaniem. Tak samo jak nie uwierzę, jak mi ktoś powie, że 500 razy mu inni kazali spierdalać i nikt nie chciał nawet słowa zamienić. Nawet nieumyte żule mają znajomych, z którymi rozmawiają. No już bez przesady.

Mówiąc, że długa droga jest przed takimi osobami pokazujesz im, że nie warto nic robić. Bo to duży wysiłek. Tak jakby ta UMIEJĘTNOŚĆ small talk to było nie wiadomo jakie rocket science. To się da zrobić w kilka dni i nie trzeba do tego czytać nawet tych pięciu książek. Napisałem, co trzeba zrobić - uśmiech, "cześć, jestem XXX, co słychać?". I tyle. Fake it till you make it.

Robisz sherry picking wybierając absurdalnie rzadkie i totalnie beznadziejne przypadki, jakby tylko to można było określić mianem "przegrywu". A jeśli jakaś metoda "leczenia" działa, to to nie jest prawdziwy przegryw. Właśnie to było powodem mojego opuszczenia Wykopu przed laty, bo z tymi ludźmi po prostu nie dało się dyskutować i cokolwiek im radzić. Szkoda czasu i zdrowia na patologię, niech giną.

Myślę, że w tym temacie nigdy nie będziemy mieli zgody, więc lepiej zostawić to tak, jak jest. Smile
Odpowiedz
Nie mówię ze swojej perspektywy, bo ja akurat dużych problemów nie mam, tylko z perspektywy ludzi, do których skierowana jest strona o przegrywie. Oni naprawdę mają cholernie duże problemy.

To, że sporo ludzi sobie będzie szukało wymówek to oczywiście racja. Ale racją też jest, że niektórzy cholernie mocno muszą pracować.
Odpowiedz
Pamiętam, w najgorszym Swoim momencie... każda sytuacja, gdzie się chociaż trochę ośmieszyłem - coś co teraz zbyłbym śmiechem z samego Siebie i o czym zapomniał bym następnego dnia - sprawiała, że przez parę tygodni miałem myśli samobójcze.
Zgadzam się, że trzeba się przełamywać - zakładając, że zależy Ci na zdobyciu jakiejś umiejętności, czy dojściu do czegoś, przy czym niezbędne jest takie przełamanie - ale też rozumiem, na czym polega ta trudność, bo ja porażkę w pewnych obszarach odczuwałem bardziej niż jakikolwiek fizyczny ból.
Odpowiedz
jejku, tego się nie odbiera dosłownie...
Odpowiedz
Tylko ja akurat nie mam tu na myśli zgadywania do losowych dziewczyn w celach podrywu, czy też o stronie dla przegrywów. Rozmawialiśmy o tym, czy znajomości mają jakiś wpływ na nasze możliwości zarobkowe i ogólnie na życie. Dlatego tak dużą wagę przywiązuję do small talku, bo dorośli ludzie po prostu muszą to umieć, żeby jakkolwiek odnaleźć się w świecie.
Odpowiedz
Dobra analogia to będzie ziom, który jest zawodowym muzykiem i który opieprzał mnie, że zamiast ćwiczyć na pianinie, to pytam go, jak ćwiczyć, jak to robić, szukam poradników, rozkminiam podstawy. Że za dużo myślę.

Nie wziął pod uwagę, że on już w wieku 3 lat grał podstawowe rzeczy, nauczony przez kogoś, kto te podstawy miał w małym palcu, przez co on też je wchłonął i były dla niego niejako naturalne.

Kiedyś, wiele, wiele lat wcześniej uczyłem się grać właśnie tak, na żywioł. Efekt? Teraz większość czasu i energii poświęcam na wykorzenianie złych nawyków, które wtedy mi się utrwaliły. W sumie zajmuje to kilka razy dłużej, dosłownie.

Small talk NIE jest absolutnie naturalny. Wczoraj parę godzin wisiałem z kumpelą na telefonie, przy okazji gadała też z córką, mają zadymę w klasie, bo jedna uczennica jest no... problematyczna. Matka nauczycielka, najwyższa średnia w szkole, ale jest obecna na chyba 1/3 lekcji, tak to siedzi w domu, matka ją uczy, a większość czasu dziecko gra sobie na kompie. Nikt jej nic nie robi, bo matka ma mocne plecy, żyje też z alimentów męża bankiera i ma czas, żeby za tym biegać.

Jak wygląda small talk w wykonaniu tego dziecka? "A, ja mam komputer za 30 tysięcy". Mój small talk to było kiedyś głównie pouczanie innych. Ty miałeś słowotoki, dla sporej części osób to głównie milczenie.
Odpowiedz
a ten ziomuś nie powinien powiedzieć: Tomakin pojebało Cię ponad 70% ludzi to wzrokowcy trenuj np. rysowanie...

 Czy istnieje coś takiego, jak asekuracja innych części mózgu, gdy wzmacniamy genetycznie lub środowiskowo już nabyte zdolności? Jeśli większość osób to wzrokowcy to, czy jak staną się ekspertami w wizualizacji, itp. to ta część mózgu rozwinięta wzmocni ''sygnał'' związany np. z balansem ciała, lepszym słuchem, itd?

Ty naprawdę jesteś słuchowcem i jesteś w stanie idealnie ''liczyć odległość'' między nutami i separować w głowie wszystkie dźwięki, czy raczej zabawa w grę na instrumentach to jakaś szuria podobna do tej, którą opisujesz w sprawie oddawania krwi? Bo ja też w podobnym okresie miałem parcie na oddawanie krwi. Teraz wiem, że to była podprogowa manipulacja. W tamtym okresie pełno było reklama w gazetach, tv, zachęt do oddania krwi... A twój wpis mnie tylko w tym utwierdził. Nigdy krwi nie oddałem, i jestem z tego dumny Big Grin  Jebana mafia, z tego co kiedyś słyszałem polska krew jest wywożona i sprzedawana za granicę szczególnie do germanii. Nie dość, że płacimy najwyższe podatki na świecie, to jeszcze oddać krew i to za darmo. Czytałem kiedyś, chyba w Angorze, że krew jest najdroższą substancją na świecie, przed złotem, platyną za kilogram.

A ta nauczycielka, to raczej szacun, nie dość, że córka nie chodzi do budy, w której i tak się niczego nie nauczy, to w dodatku nie ma załatwionego nauczania w domu Cool 
Szkoda, że wszyscy rodzice nie są tak inteligentni, wtedy szkoły zmieniły by ten cały patologiczny układ, gdzie im więcej uczniów w klasie tym więcej nauczyciel dostaje hajsów od łebka.
A te niechodzenie do szkoły to zaczęło się chyba od cowida? Córka przyzwyczaiła się do zdalnego nauczania siedząc przy PC'ecie?
Odpowiedz
Z tym dzieckiem to grubsza afera, wczoraj było tam spotkanie jakieś rodziców i padła propozycja, od samego przewodniczącego, żeby córkę zabrać do innej szkoły. Jest dosłownie znienawidzona przez wszystkie dzieci (i ich rodziców), bo widzą, że jest lepiej traktowana od pozostałych, zapewne na zasadzie haka na dyrektora. Do tego brak obecności w szkole doprowadził do braku socjalizacji i dziewczyna nie umie mówić tak, żeby wszystkich nie doprowadzić do białej gorączki.

Za cholerę nie widzę związku między oddawniem krwi a grą na instrumencie. Kurde, w ogóle nic z tego akapitu nie rozumiem Big Grin
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości