This forum uses cookies
This forum makes use of cookies to store your login information if you are registered, and your last visit if you are not. Cookies are small text documents stored on your computer; the cookies set by this forum can only be used on this website and pose no security risk. Cookies on this forum also track the specific topics you have read and when you last read them. Please confirm whether you accept or reject these cookies being set.

A cookie will be stored in your browser regardless of choice to prevent you being asked this question again. You will be able to change your cookie settings at any time using the link in the footer.

Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Skrajna nieporadność życiowa i fobia społeczna - co robić?
#1
Mam nadzieję, że ten dział to będzie dobre miejsce.

Jestem na skraju emocjonalnego wyczerpania. Mam 37 lat, silna fobia społeczna, chaos w głowie, nieumiejętność podejmowania decyzji, od wielu lat bezrobotny mimo ukończenia dobrych studiów, brak partnerki od zawsze, prawiczek. Uzależniony emocjonalnie od matki, a matka ode mnie, bo poza mną nie ma nikogo. Jestem po próbie samobójczej kilkanaście miesięcy temu, choć tak naprawdę nie chciałem wcale tego robić.

Po studiach byłem na kilku rozmowach o pracę, ale to było tak stresujące, że na jednej zemdlałem, a na drugiej zwymiotowałem przed rekruterem. Od tego czasu tak panicznie boję się, że to się może powtórzyć, że nie byłem w stanie pójść już więcej. Zarabiam jeżdżąc co roku na parę miesięcy na zbiory do Niemiec. Boję się odebrać telefon, przez co już straciłem kilka ciekawych rozmów o pracę. Boję się dzwonić.

Gdy wyjeżdżam do Niemiec, matka płacze, panikuje, potem dziwni kilka razy dziennie, muszę się spowiadać z całego dnia. W domu wszystko za mnie robi I nie dopuszcza do niczego, traktuje jak dziecko. Nienawidzę tego ale też jest mi z tym wygodnie, nie ukrywam. Przymusza mnie do jedzenia, przez co już parę razy robiłem się tłusty, więc poryjoku co parę miesięcy zszywam DNP albo clenbuterol, żeby schudnąć. 

Parę razy próbowałem się wyrwać, wyprowadzałem się do Warszawy czy Poznania, ale nie potrafiłem szukać pracy, a jak nawet odebrałem telefon, to na spotkanie rekrutscyjnie nie szedłem, a potem z żalu wyrywałem sob8e włosy z głowy.

Dziewczyny brak, umiejętności społeczne na dnie, do tego od około 25 roku życia brak erekcji, mimo to uzależnienie od porno i komputera. 

Znam I szanuję blogi tomakina, szczególnie ten o wychodzeniu z przegrywu. Boję się, że dla mnie jest już za późno. Mam odłożone ponad 50 tys zł, mógłbym sie wyprowadzić znów do Warszawy, ale obawiam się, że swojej psychiki nie zmienię i będzie jak zawsze. Poczucie winy po opuszczeni matki i objawy psychosomatyczne związane ze stresem mnie wykończą. Matka mówi, że mam siedzieć u niej i so ie powoli odkładać, to kiedyś kupię mieszkanie, ale to nie jest życie, a wegetacja w cierpieniu. Wstd mnie wynajmować pokój w tym wieku, a mieszkanie jest drogie. Musiałbym wszystkiego nauczyć się sam, prania, gotowania, umiejętności społecznych. Prace jeśli bym dostał, to też w magazynie, bo ze studiów nic już nie pamiętam, więc nic bym nie odłożył. 

Chciałbym zacząć uczyć się pożądanie angielskiego, kupić samochód (zdałem prawko dopiero w wieku 33 lat, ale od egzaminu nie jeżdżę, bo jlmnie to przeraża), zacząć jakąś karierę zawodową, najlepiej w IT, do tego sport, siłownia. Pamiętam jednak o "ego depletion" I boję się, że nie dam rady. Do tego to wszystko kosztuje i z czego ja to opłacę? Próbowałem rozpoczynać różne kursy, ale nigdy ich nie dokończyłem. Mam taki chaos w głowie, że nie potrafię się uczyć ani nic zapamiętać. Może to ADHD. Nawet teraz w październiku zacząłem studia IT całkowicie zdalnie, ale nie daje rady się uczyć. Podjęcie decyzji o tym, co dalej, jest dla mnie szalenie stresujące, nie mogę się pozbyć ciągłego napięcia. Oczywscie mógłbym jeździć dalej co roku do Niemiec, ale to nie jest życie. Za 10 lat będę totalnym wrakiem. Jeśli chce coś zmienić, muszę tu zostać I próbować. 

Nie wiem, czy terapia cokolwiek da, mam sceptyczne do tego podejście, ale jeśli nic nie zrobię, to lada moment będzie za późno na jakakolwiek zmianę w życiu, na zdobycie kasy, mieszkania, założenie rodziny. Wtedy będę żył tylko dla matki, a potem nie wiem, czy czasem stan psychiczny nie popchnie mnie do kolejnej próby samobójczej.
Odpowiedz
#2
No i to jest problem, z którym nie do końca wiadomo, jak sobie radzić. Każdy dzień w tej sytuacji bardziej od niej uzależnia, to jak te wszystkie kobiety żyjące z alkoholikami.

Relacja z matką jest tu kluczowa, czy raczej zerwanie tej relacji, ale właśnie tu za bardzo nie mam rad. To się wydaje bardzo proste jak się patrzy z zewnątrz i pewnie 100 osób będzie miało 100 doskonałych rad, ale doskonałych dla kogoś, kto nigdy nie był w podobnej sytuacji ani nie ma na tyle dużej empatii, by to sobie wyobrazić.

Wyrobiłeś sobie przez naście, albo i dziesiąt lat schematy myślenia i posłuszeństwa i one z każdym dniem się umacniają. Chyba najlepszym sposobem byłoby stopniowe, powolne zmienianie ich, tylko no właśnie, możesz zmienić siebie, ale nie zmienisz matki.

Stany lękowe też są w 90% jej winą, bo tak naprawdę to nie boisz się tych reakcji ludzi czy np rozmowy o pracę, boisz się matki i jej reakcji. To się nakłada jedno na drugie, masz wyrobiony schemat "samodzielność = atak ze strony matki" i po prostu nauczyłeś się tego strachu, jak ten pies Pawłowa który za każdym razem, gdy dostawał jedzenie, słyszał dzwonek a potem ślinił się na sam odgłos dzwonka. Ty boisz się na wizję samodzielności, bo zawsze łączyło się to z atakiem ze strony matki.

Dwie rzeczy

Pierwsza, to stopniowe robienie różnych rzeczy samodzielnie, MAŁYCH rzeczy, ale od początku do końca samemu. Łącz to z medytacją, rozciąganiem mięśni, relaksacją mięśniową Jacobsona. Nawet tak głupia rzecz, jak wyjście do lasu i rozpalenie ogniska, albo ćwiczenia na siłowni. Chodzi o to, żeby mózg stopniowo zaczął łączyć samodzielne wykonanie czegoś z bezpieczeństwem i przyjemnością, zamiast z atakiem i lękiem. Stopniowo, małe rzeczy, nie łap się dużych.

Druga sprawa, nie wiem, z której witryny tu trafiłeś, ale jest stronka o nerwicy lękowej

https://nerwica.vegie.pl

tam masz wypisane rzeczy, których niedobór może dawać stany lękowe jako objaw, jakieś cynki, witaminy E, B1, tego typu. Nie zaszkodzi spróbować.
Odpowiedz
#3
A, jeszcze dwie rzeczy

Do tej pory pamiętam, jaka histeria wręcz u mnie w domu była, jak pierwszy raz pizzę sam chciałem zrobić, wiele lat temu. Przez kilka dni matka się do mnie nie odzywała Big Grin

Druga sprawa, krótki film idealnie pasujący do tematu:

https://www.youtube.com/watch?v=V1zFeHJz...ustNordisk
Odpowiedz
#4
Dzięki za ten film, dobrze przedstawiona patologiczna relacja matki z synem. Widziałem kiedyś animację w podobnej tematyce.

THE CORD - YouTube

Też mam tak samo, jak Ty miałeś z pizzą. Gdy coś próbuję robić, szczególnie przy jedzeniu lub praniu, to zaraz przybiega i mówi "zostaw, przestań, nie rób". A przy pracach bardziej męskich, jak przykręcenie karnisza, lampy, gniazdka, złożenie mebla itp. słyszę "krzywdę sobie zrobisz, przestań, bo się SPOCISZ, spadniesz, Jezus Maria nie mogę na to patrzeć"). I sprowadza sąsiadów do pomocy tłumacząc, że ja sobie nie daję rady, przez co ja się czuję ośmieszony, wściekły, czasem przerażony. 

Nie ma u niej agresji i wymówek stawianych w prost, jak u Dennisa. Bardziej takie pokazywanie, jak to bardzo dba o mnie i jak bardzo nie wyobraża sobie, żeby mogła zostać sama. Choć z drugiej strony mówi, że "kiedyś" muszę sobie ułożyć życie. I to podkreślanie na każdym kroku u wszystkich jej znajomych, jaką wyjątkową relację ma ze mną. Wszyscy mówią jej, jak to dobrze, że mieszkam z nią i że nie musi być sama. Mojej perspektywy nikt nie widzi, albo jej nie artykułuje, co utwierdza ją w przekonaniu, że wszystko jest ok. 

Takie upupianie dorosłego faceta, który sam się też od tego upupiania uzależnił. Z wygody. Niby mogę wyjść czasem do znajomych, ale i tak prawie każdy wieczór spędzam z nią przed TV, chodzimy na spacery tylko razem, nie mogę zamknąć się w drugim pokoju, tylko drzwi muszą być otwarte. Pyta się, kto do mnie dzwonił, co chciał, co mówił. Poznawałem w życiu różne kobiety, ale ZAWSZE matka przekonywała mnie, że to nie są odpowiednie osoby dla mnie i że kiedyś znajdę lepszą, na jaką zasługuję. 

Gdy wyjeżdżałem próbując się usamodzielnić, to musiałem zdawać relację, co jadłem, o której wstałem, co robiłem, w co byłem ubrany, ile mam na koncie, ile mam pensji, co kupiłem, ile wydałem i czemu tak dużo. I zawsze robiłem coś źle, więc musiałem wysłuchać zatroskanych rad "dla mojego dobra". Zawsze za mało jadłem, nie to co trzeba (a próba przejścia na wege zawsze była traktowana jak dziwactwo), więc albo zabierałem masę słoików przy każdej wizycie, albo ona przyjeżdżała pociągiem i choćby na peronie przekazywała mi jedzenie. Przez co nigdy nie podjąłem próby nauczenia się gotowania. A wszelkie ćwiczenia fizyczne poza spacerami to zło, bo można się spocić i przeziębić, a poza tym sport potrafi być szkodliwy i zabijać, bo tak mówili w "Pytaniu na śniadanie", więc tak zawsze jest. 

Zresztą łapię się na tym, że gdy coś się wydarzy w moim życiu, to pierwsze co robię, to dzwonię albo piszę do matki. A potem jestem na siebie wściekły, że to zrobiłem. Odruch Pawłowa.

Ojciec zmarł 10 lat temu, ale jako jedynak i to dość późny, byłem pod wielkim kloszem ochronnym bardzo długo, a do tego z wymaganiem bycia najlepszym w szkole za wszelką cenę pod groźbą kar i wpierdolu od ojca. Taka to była niezdrowa rywalizacja bardziej między rodzicami, niż uczniami w klasie. Po śmierci ojca jest tylko gorzej, bo nikogo oprócz mnie nie ma.

Twoją stronkę o nerwicy znam, już kilka lat temu zapisałem ją w zakładkach, choć widzę, że sporo się rozbudowała od tego czasu. Obecnie mam bardzo ograniczone możliwości wyboru tego, co jem, bo żarcie przynosi mi do pokoju, a próby ograniczenia jedzenia wiążą się z przesadną troską o to, czy coś mi jest, czy nie zachorowałem, a jak mówię, że nie chcę mieć brzucha, to słyszę, że głupoty gadam, bo każdy ma troche brzuch, ojciec miał brzuch, faceci tak mają i nie mogę być zbyt chudy, bo jestem bardzo wysoki. A sama reaguje źle, jak się jej mówi, że jeden sucharek na śniadanie, to za mało. Zamawianie do paczkomatu supli też jest trudne, bo każde moje samodzielne wyjście z domu jest rejestrowane i jak wracam z czymś w ręku, to narażam się na śledztwo. Wszystko oczywiście w łagodnej, uśmiechniętej, pełnej troski formie. Więc wszelkie "nieoficjalne" przesyłki muszę ukrywać pod kurtką, a potem chować w dziwnych miejscach, bo czasem zagląda w moje rzeczy mówiąc, że przecież nie mamy przed sobą tajemnic.

Mógłbym mieć więcej kasy odłożonej z pracy zagranicą, ale zawsze na coś "muszę" przeznaczyć. A to na implanty i licówki zębów dla niej za 30 tysięcy, a to na operację żylaków, a to na remont mieszkania, które nawet nie jest jej, tylko wynajmowane, bo niczego się z ojcem nie dorobili. Jest to taki myk, żebym nigdy nie uzbierał tyle, żeby mieć na wkład własny i żebym został z nią jak najdłużej. Zresztą łatwiej mi wydać cokolwiek na nią, niż dla siebie. Wyrzuty sumienia mnie zjadają. Na wakacje sam czy z kimś obcym nie pojadę, bo będę miał wyrzuty, że ja się bawię, a ona siedzi sama w domu.

Nie ma sensu, żebym więcej się uzewnętrzniał, bo za dużo już tych detali i robi się nudne. W każdym razie temat jest bardzo poważny i na pewno całkiem często spotykany. Nie sądzę, żeby pójście do psychologa cokolwiek dało. Stracę tylko kupę kasy na terapię, a pewnie nie dowiem się wiele więcej niż z rozmów z forumowiczami. Ewentualnie psychiatra, żeby zwalczyć psychosomatyczne objawy stresu i ciągłego napięcia, ale wiem, jakie masz zdanie o SSRI, więc prędzej zastosuję sumiennie suplementację, medytację i relaksację mięśniową.

Mógłbym jechać w kwietniu zagranicę, zarobić tam kilkadziesiąt tysięcy zapieprzając przez parę miesięcy, a potem wrócić do innego miasta i coś tam wynająć, ale tak co roku mówię. Ostatecznie wracam zawsze do matki, obiecuję sobie, że zacznę szukać pracę i się wyprowadzę, a potem mija kolejne pół roku, a ja jestem w punkcie wyjścia. I z roku na rok jest trudniej w temacie przebranżowienia się.

Mam plan, żeby wynająć coś w dużym mieście, kupić rower, znaleźć pracę choćby jako kurier rozwożący żarcie, żeby przełamać strach przed kontaktem z ludźmi i przy okazji mieć trochę ruchu, a poza tym zacząć się uczyć angielskiego i IT, żeby tak w ciągu roku móc wreszcie zacząć jakąś karierę zawodową. Zrobienie tego wszystkiego, pokonanie poczucia winy i walka o własną prywatność wydaje się jednak strasznie ciężkim zadaniem.
Odpowiedz
#5
Dawno, dawno temu, jak jeszcze gówniak byłem, znajomy mi bardzo mądrą rzecz powiedział. Rodziców trzeba sobie wychować. Przytoczył przykład takiego zioma z osiedla, Roberta, który przez rok na piechotę chodził do szkoło (sporo kilometrów), żeby od rodziców nie brać kasy na bilety. Jakoś mi to utkwiło gdzieś z tyłu głowy i kto wie, czy to nie ta jedna rozmowa, to jedno zdanie nie wpłynęło potem na całe moje życie. Na dobre i na złe, bo sporo życiowych błędów też robiłem tylko po to, żeby się postawić, ale koniec końców moja hiper nadopiekuńcza matka nie ma nade mną takiej władzy, jaką mogłaby mieć, albo jaką ma np nad moim bratem.

Małe kroki, tyle można polecić bez specjalnego ryzyka, że coś się po drodze mocno spieprzy. Próbujesz dużych rzeczy, wyprowadzki i w ogóle startu na swoim i co roku się nie udaje. Nie ma prawa się udać, bo to za duży wysiłek, to jakbyś na siłowni w pierwszy dzień chciał 150 wziąć na klatę. Duże rzeczy też wywołają histerię matki, to jeszcze dałoby się jakoś przeskoczyć jakbyś miał drugą osobę która będzie na każdym kroku na żywo wspierać, ale tak samemu?

Nie wiem, na imprezy chodź i wyłączaj telefon, to taka dobra rzecz na początek. To co pisałem, czyli robienie czegoś samemu, nawet tak głupia rzecz jak rozpalenie sobie ogniska gdzieś w lesie (permetryny nie zapomnij, spryskaj tym ubranie). Zacznij grać na jakimś pianinie cyfrowym i wykorzystaj to jako pretekst, żeby zamykać drzwi, potem można z tego etapu przejść dalej i zawsze trzymać je zamknięte.

Trudna sprawa, bo bardzo głęboko w to wszedłeś, takie rady powinieneś 15 lat temu dostać albo i 20 lat temu, teraz masz do "odkręcenia" 20 lat budowania toksycznych schematów w mózgu.

Własnie, schematy w mózgu. Ja miałem może 1/20 tego co Ty a i tak miałem taki bałagan w głowie, że moje pierwsze związki z dziewczynami to była dla nich jakaś masakra. Kilka dobrych lat zajmie Ci wypracowanie tego, żebyś był najzwyczajniej w świecie znośny.
Odpowiedz
#6
A, jak chcesz zobaczyć w miarę zdrowy schemat relacji z apodyktyczną matką, to jest taki świetny film, Wielki Błękit Luca Bessona.
Odpowiedz
#7
Dzięki za rady, masz rację z małymi krokami, bo przy zbyt dużych już nie raz się wywracałem. Mam permetrynę, kiedyś u Ciebie o tym czytałem, a pomysł z lasem i choćby i samotne przesiadywanie przy ognisku wydaje się relaksujące. 

Wydaje mi się jednak, że bez wyprowadzki się nie obejdzie. Siedzę w małej wiosce, gdzie z pracą jest bardzo krucho, a stała praca i poczucie, że się zarabia na siebie, jest chyba szalenie istotne. 

Byle by mnie było stać na samodzielne utrzymanie. Gotowania z czasem bym się pewnie nauczył, a tymczasowo polegałbym na przykład na proszkowych zamiennikach posiłków. Kiedyś żywiłem się przez parę miesięcy czymś takim i czułem się dobrze. Jest sporo firm, które robią coś takiego, ale nie będę pisał konkretnie, żeby nie robić reklamy.

Planuję pójść do fryzjera, co też będzie już buntem, bo nigdy nie byłem. Zawsze matka mnie obcinała, bo "po co będziesz tracił pieniądze". Ona w ten sposób czuje się potrzebna, a że jest na emeryturze, to poza serialami, sprzątaniem, zakupami i chodzeniem na cmentarz nie ma co robić. "Pomaganie mi" nadaje jej sens życia i muszę powoli jej ten sens odebrać. 

Twój kolega dobrze mówił i zdawał sobie sprawę, jak ważne jest wczesne usamodzielnienie. Powinienem przeciąć pępowinę te 15-20 lat temu. Teraz mam to, co mam. Jednak odrobina nadziei wciąż się tli.
Odpowiedz
#8
Spójrz z tej strony, życie kawalera nie jest złe, a rodzina nie jest celem ostatecznym, ile to facetów bez kobiety osiągnęło szczyty możliwości, właśnie dzięki temu że nie mieli tego obciążenia. Wyobraź sobie, że trafiasz na dziewczynę, która po latach zamienia się w coś jak teraz Twoja matka i zatruwa Ci życie.

Bo z tym "czy nie jest za późno", które przewija się między wierszami Twoich wpisów, to chodzi chyba właśnie o założenie rodziny? To jedyna rzecz, która jakoś jest limitowana czasem, całą resztę można zacząć nawet po 60 roku życia.

https://www.youtube.com/watch?v=bgelFVZB...nnel=Toyah

o, tak jak ta pani i ten pan
Odpowiedz
#9
Tak, chodzi też o założenie rodziny, ale nie tylko. Zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie nie byłbym dobrym ojcem ze względu na własne problemy psychiczne i mógłbym nawet nieświadomie powielić schemat swoich rodziców krzywdząc własne dzieci. Zestrachany facet, który boi się cokolwiek załatwiać i nic nie osiągnąć pod względem finansowym to nie jest dobry ojciec. Musiałbym mieć własne mieszkanie i najlepiej zapewnić mieszkanie dzieciom, żeby nie startowały tak jak ja - z długiem rodziców do spłacenia, z chorobą ojca, która kosztowała mnie krocie, z dopłacaniem matce do utrzymania, bo z emerytury sama by nie dała rady. Dlatego kalkulując na zimno dochodzę do wniosku, że lepiej będzie, jak dzieci nie będę miał. Wtedy ta presja psychiczna powinna się zmniejszyć.

A czasem niestety odzywa się ciotka, którą niby mam w dupie, ale wkurza mnie jej gadanie, że jestem jedynym, który może przedłużyć nazwisko męskiej linii w rodzinie, więc muszę mieć syna. Cóż, jeśli się by trafiła odpowiednia kobieta, to mógłbym spróbować założyć rodzinę, ale jest to raczej mało prawdopodobne

Jestem nawet przyzwyczajony do samotności, ale choćby i przelotne związki z kobietami chciałbym mieć, w ramach obycia. Bez kłamania o sobie się nie obejdzie. Próbowałem parę razy u prostytutek, ale za każdym razem był stres i brak erekcji mimo brania sildenafilu czy tadalafilu. Znam Twoją stronkę o problemach z erekcją i mam zapisane, co w tym temacie próbować.

Czasem czytałem, że w moim wieku przebranżowienie się jest już bardzo trudne, a nawet niemożliwe i to bardziej miałem na myśli mówiąc, że jest za późno. Skończyłem trudne studia techniczne z bardzo dobrą oceną, więc te 15 lat temu potrafiłem się uczyć, a teraz idzie mi to jak po grudzie. Próbowałem brać modafinil, ale nie widzę różnicy. Chaos w głowie i mgła. Gadałem z jednym senior devem i mówił mi, żebym IT sobie odpuścił, bo nikt mnie już nie zatrudni w tym wieku. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to nie musi być prawda.

Angielski znam ze słuchu dość dobrze przez YT, rozumiem większość filmów i tekstów, ale jak mam coś powiedzieć czy samemu napisać, to się zacinam. Więc pewnie więcej niż na A2 bym się nie ocenił.

Z moim prawie pustym CV dostanę tylko niskopłatne, proste prace, więc muszę usuwać studia, żeby to nie wyglądało dziwnie. Albo muszę kłamać, ściemniać, że gdzieś pracowałem i może nawet podrabiać jakieś świadectwa pracy. Z prostych prac nie zarobię wystarczająco dużo, żeby zbudować jakiś majątek, kupić saomchód, mieszkanie. Praca zagranicą przy zbiorach to dobra kasa, ale okupiona robieniem po 12 godzin dziennie, 7 dni w tygodniu i mieszkanie na kupie w barakach.

Czyli właśnie rozwój zawodowy jest moją główną obawią, że jest za późno.

Jakimś plusem jest to, że mimo 37 lat wyglądam maksymalnie na 25. I mam to potwiedzone z kilku źródeł, czyli osób, które nie wierzyły, ile mam naprawdę lat. Zdania mamy nie biorę pod uwagę. Smile
Więc przynajmniej przez jakiś czas mogę "udawać" kogoś z pokolenia niżej.

Zaczynam Wielki Błękit. Tyle lat o tym filmie słyszałem, a nigdy nie oglądałem.
Odpowiedz
#10
Kurcze kup sobie viagrę po prostu, a nie psychotropy bierzesz na spotkanie z dziwką Big Grin

A może jakieś sporty walki? Mi to naprawdę dużo dało, jeśli o psychikę chodzi.

A, co do nauki, to nie przejmuj się, jak zniknie stres, to wróci zdolność do zapamiętywania. No i już nie patrz na świat na zasadzie "muszę mieć mieszkanie, samochód i prywatny jacht", patusy mające 3 wyroki i z całego majątku jedynie sześciocyfrowy dług zakładają rodziny i robią dzieci.

To jest właśnie ta sztuczka podświadomości, wybiera najtrudniejszą drogę w przyszłości "musisz mieć mieszkanie etc", żeby to wyglądało na nierealne do osiągnięcia. Podświadomość cały czas będzie Cię tak ogrywać.

Powoli, stopniowo małymi krokami buduj pewność siebie i buduj nową relację z matką. Zapewne można to zrobić lepiej i szybciej, ale ja jestem ten gość od supli, a nie psycholog czy jakiś "coach", ode mnie lepszej rady na życie nie dostaniesz.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości