This forum uses cookies
This forum makes use of cookies to store your login information if you are registered, and your last visit if you are not. Cookies are small text documents stored on your computer; the cookies set by this forum can only be used on this website and pose no security risk. Cookies on this forum also track the specific topics you have read and when you last read them. Please confirm whether you accept or reject these cookies being set.

A cookie will be stored in your browser regardless of choice to prevent you being asked this question again. You will be able to change your cookie settings at any time using the link in the footer.

Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Skrajna nieporadność życiowa i fobia społeczna - co robić?
Czytałem wątek Joadii, rozumiem też, że sam masz taką przypadłość. Szanuję o wiele bardziej Twoje osobiste doświadczenie i wiedzę w temacie, niż moją gównoopinię. Rozumiem skrajną chęć ucieczki przed sytuacjami lękowymi, bo w fobii społecznej też to mam (kuźwa, MIAŁEM, przecież ja już żadnej fobii nie mam, hehe), natomiast szczegółów agorafobio nigdy pewnie nie zrozumiem. Analogie do złamań są ok, ale jakoś nie może mi to porównanie kliknąć.
Wiec może lepiej na temat tej konkretnej dolegliwości wypowiadać się nie będę.

Ale w przypadku różnych innych drobiazgów, jak choćby moje różne problemy, szybkie rozwiązania potrafią działać. Nauka zawodu czy sytuacja z matką wymagają długotrwałej, powolnej pracy, ale już na sytuacje społeczne znalazłem dość skuteczne rozwiązanie. Wiem, że "u mnie działa" to nie jest dobra metoda dla wszystkich, poza tym to nie likwiduje nieprzyjemnych objawów podczas załatwiania spraw osobiście czy przez telefon, ale założyłem sobie, że to nigdy nie zniknie i tak musi być. Just move on.

Jeszcze że 2 miesiące temu mówiłem, że jestem uzależniony od porno. Odciąłem je całkowicie, nic, zero, null. Wystarczy nie mieć okazji do siedzenie bezproduktywnie przed ekranem, w samotności i jeszcze nie mieć na to czasu. I już nie jestem uzależniony. Nailed it. Move on. Żadnego ograniczania, blokad stron,, liczenia dni, zaznaczania "upadków", czy wyznaczania sobie "happy day" raz w tygodniu. Bo potem mózg czeka ciągle na ten jeden dzień, żeby dostać swoją nagrodę. Szybkie cięcie. A to, że przestałem odczuwaj libido i potencję, w tej chwili widzę jako plus. Mam ważniejsze sprawy i nie rozprasza mnie myślenie o cyckach. Uzależnienie od internetu mocno ograniczone, choć jeszcze nie pokonane całkowicie. Docelowo to ma być narzędzie do korzystania tylko wtedy, gdy jest potrzebne, a nie jako filler w każdej sytuacji, gdy nie wiem, co ze sobą zrobić.

Doceniam Twoje i innych rady o powolnych krokach i dokładnym planowaniu w wielu dziedzinach, choćby w finansach, bo tu się już nieraz wykładałem. Zwracam tylko uwagę, że w niektórych sprawach trzeba robić gwałtowne, nawet bolesne cięcia, żeby nie wdała się mentalna gangrena.

Kupuj miesięczny i jeździj. Najwyżej stracisz, to sobie jakoś odrobisz, a zyskać możesz dużo.
Ja wracam w piątek do Polski i już teraz kupiłem sobie miesięczny na pociąg z mojego miasteczka do Poznania. Bo nie chcę znów siedzieć cały dzień z matką, która zaorać mi mózg. Powiem jej, że mam pracę w Poznaniu, rano będę wyjeżdżał, wieczorem wracał. Na miejscu mogę łazić, zwiedzać, rozłożyć się na trawie z książką albo czasopismem, pójść do biura coworkingowego i tam się uczyć IT lub giełdy. I ostatecznie albo tam znajdę faktycznie pracę w Poznaniu choćby z nudów, albo zdecyduję się na kolejny wyjazd do Niemiec. Będę ciągle w ruchu, ciągle na powietrzu, bez możliwości oglądania porno czy milionów gówno filmików na YT.

Więc można powiedzieć, że myślimy o tym samym. Polecam.
Odpowiedz
Zacznij sobie czasem od pytania, co byś zrobił, gdybyś był milionerem, albo miliarderem.
Chodzi mi o to jakby wyglądał Twój dzień. Zadałem to pytanie kilku osobom. Odpowiedź nie jest taka prosta.
Gadałem ostatnio z kolegą na treningu. Dostał się na Cambridge, jakieś naprawdę naukowe sprawy, nawet się nie pytałem o szczegóły. Spytałem się go, dlaczego to robi. No to powiedział, że prestiż, kasa, zawód, przyszłość. Więc go się spytałem, czy robiłby to gdyby był milionerem. Pomyślał przez chwilę i powiedział: Nie...
Widziałem, że trochę go zatkało. Pewnie nie bardzo wiedział co odpowiedzieć.
Sumując... chodzi o to, aby robić w życiu to co się lubi, a idealnie znaleźć sposób na robienie z tego kasy. Dzisiaj takie coś jest coraz łatwiejsze.
Przeczytajcie sobie książkę: Bogaty ojciec, Biedny ojciec.
Właśnie ją czytam, pokrywa się z większością tego co robiłem w życiu... póki co, ale nie jestem bogaty, choć byłem :-)
Książka zmienia sposób myślenia o pieniądzach. Biedny człowiek pracuje dla pieniędzy. Dla bogatego pracują pieniądze.
Odpowiedz
Pobrałem tę książkę z Twojego Discorda parę dni temu i zacząłem czytać. Jestem jeszcze na początku, ale zaciekawiłeś mnie. Tę pozycję polecało wiele osób, nie bez powodu jest pewnie tak sławna. Zawsze myślałem o niej, że to takie coachowe pieprzenie typu "myśl pozytywnie o pieniądzach, a przyjdą do ciebie". Dlatego chętnie sam skonfrontuję swoją dotychczasową opinię z lekturą.

To jest bardzo sensowne pytanie. Co bym robił w życiu, gdybym był miliarderem i mógłbym z tej kasy wyżyć do samego końca. Na początku pewnie byłby szał i wydawałbym na byle co, ale gdy już przyszłoby opanowanie, to w sumie też nie wiem, co bym dalej ze sobą robił. Muszę się zastanowić nad tym, bo od ręki nie umiem dać sensownej odpowiedzi. Masz rację, że to jest trudne.

Podobne podejście widziałem kiedyś ponownie na kanale Healthy Gamera, ale nie porobiłem sobie wtedy notatek i mi szybko umknęło.

How to Find a Job (That You Care About!) | Career Advice - YouTube
Odpowiedz
Ciągle chcesz te "gwałtowne cięcia" robić, popatrz na ludzi, którzy próbują się odchudzać. Statystyki są nieubłagane, 9 na 10 wraca do starej wagi. Powód? Próbują szybko, już, teraz. Łapią się jakieś mega ultra trudnej diety, pomęczą się miesiąc i... wracają do starych nawyków.

Zmiana nawyków zajmuje miesiące, niekiedy lata. Osoby próbujące się odchudzać nie robią tego, bo... to za trudne. Wbrew pozorom, dużo łatwiej jest zrobić coś na "urraaaa!", niż spróbować zmienić coś na stałe, nawet niewielką rzecz. Akurat z pracą i takimi rzeczami dochodzi ten czynnik, że jak się do pracy już pójdzie, to ciężko zwolnić się z dnia na dzień. No Tobie akurat się udało Big Grin Pojechałeś bez planu, bez przygotowania kondycyjnego, efekt... no sam widzisz, jaki jest.

Widzisz, takie próby "zrobię od razu dużo" to bardzo często sposób, w jaki nasz mózg próbuje nas oszukać. Jak u alkoholika, bardzo łatwo jest rzucić picie np na miesiąc, wielu to robi. I prawie każdy wraca do picia. Dużo trudniej jest na przykład zerwać kontakty ze znajomymi od flaszki, nawiązać nowe, wyrobić sobie jakieś zainteresowania czy sposoby spędzania czasu, w których nie ma miejsca na alkohol.

To jeden z powodów, dla których tak duży nacisk kładę na wyszukanie nowych znajomości w realu, takie coś zmieni środowisko, w którym się obracasz, zmieni Twoje podejście do życia, bo jesteśmy w dużej mierze zwierciadłem ludzi, którymi się otoczyliśmy. Tylko to jest cholernie trudne, łatwiej kupić bilet miesięczny i jeździć, tylko co z tego jeżdżenia będzie? U mnie to terapia na konkretną przypadłość, Ty tego nie masz.

Z tymi złamaniami chodziło o to, że w jednym i w drugim przypadku próba zrobienia "na szybko, na siłę" sprawi, że będzie jeszcze gorzej. Analogia dość nietrafna, bo faktycznie te rzeczy nie mają ze sobą wiele wspólnego, ale tę jedną rzeczy akurat mają wspólną. Kość musi się zrosnąć unieruchomiona i jak będziesz łaził, to się nie zrośnie. Będzie coraz gorzej i coraz trudniej będzie ją potem doprowadzić do porządku. Mechanizm agorafobii polega w dużej mierze na tym, że mózg "uczy się" kojarzenia ataku paniki (nieprzyjemny bodziec) z podróżą. Jeśli zrobisz podróż w której ten atak się pojawi, mózg się utwierdzi w przekonaniu, że to złe i niedobre, zareaguje jeszcze silniejszym atakiem. I tak w kółko.

Coś jak z przegrywami, ale tymi prawdziwymi, którzy w ogóle z domu nie wychodzą, nie mają żadnych kolegów ani nic. Jeśli namówisz takiego do tego, żeby próbował zagadywać do kobiet, spotka się z agresją z ich strony i potem będzie mu jeszcze trudniej się odezwać. Tu wchodzi cała na biało zasada wyuczonej bezradności, przypominam że w eksperymentach na zwierzętach one po pewnym czasie przestawały reagować nawet na silne tortury. Jeśli doprowadzi się mózg do odpowiedniego stanu, to nie uciekasz nawet jak jesteś przypalany czerwonym żelazem. To NIE jest coś, co można "przełamać siłą woli".
Odpowiedz
Rozumiem Twój punkt widzenia. Opisuję szybkie cięcia, które zadziałały w moim i być może tylko w moim przypadku. Nawet w kwestii utraty tkanki tłuszczowej znalazłem bardzo szybkie i skuteczne rozwiązania bez konieczności zmiany nawyków - mówię o środkach, które opisywałem na początku tego wątku. Działają idealnie i jak przestaje mi odpowiadać moją waga, to korzystam. Mam skitrany jeszcze spory zapas. Problem rozwiązałem w niecałe dwa miesiące i już nie muszę o tym w ogóle myśleć, mogę przejść do następnych rzeczy. Wiem, że to jest niebezpieczne dla zdrowia i życia, wiem, że nie eliminuje źródła problemu. I nigdy nikomu nie będę tego proponował. Ja na takie ryzyko jestem gotowy.

Kiedyś miałem wkurzający odruch będący reakcją na stres. Niby drobiazg, ale mnie irytował. Uzależnienie behawioralne. Nauczyłem się, żeby zawsze wtedy, gdy mnie nachodzi na to ciśnienie, zacząć bić się po twarzy. O ile jestem wtedy sam. Uderzyć najmocniej, jak mogę. Z liścia lub z pieści. Raz podczas takiego ciosu się poranilem paznokciem i wypadła mi plomba. To był punkt zwrotny. Przestałem to robić, bo zawsze, gdy przychodziła ochota, przypominałem sobie rozwalone zęby. Zajęło to kilka tygodni, żeby wyeliminować problem. I ponownie nie będę nikomu radził, żeby się samookaleczał, aby zmienić połączenie w mózgu. To dowód anegdotyczny, który "u mnie działa".
Tak jak mówisz, u większości ludzi z zaburzeniami wystawienie się na negatywne odczucia wzmaga ataki przy następnym razie. Jak ten przykład z zagadywaniem do dziewczyn. Mi w jakiś sposób udało się wymusić na sobie nieco inne przekonanie. Staram się przyzwyczaić swój umysł do tego, że te sytuacje generujące negatywne emocje są nieuniknione. One po prostu muszą się zdarzać. A po wszystkim ponownie przekonuję się, że nic się złego nie stało. Nawet jeśli się ośmieszę, to nikt nie będzie o tym pamiętał na drugi dzień. Tak jak ja nie pamiętam większości osób i sytuacji z dnia codziennego, atak nikt nie będzie mnie pamiętał, szczególnie w miejscach, gdzie przewija się masa ludzi. I to zaczyna procentować. Jąkaj się, spoć zemdlej, cokolwiek,nawiet miej ten cholerny zawał, ale rób. Tak sobie mówię. I wyobrażam sobie sytuację odwrotną - że to osoba, do której dzwonię lub do której idę osobiście ma taką fobię i może się stresować rozmową że mną, więc muszę tak się zachować, żeby wydać jej się sympatycznym, kojącym człowiekiem. Ostatecznie działa też powiedzenie wprost czegoś w stylu: "Wie pani co? Przepraszam, ale jestem nieco podenerwowany, bo miałem przed chwilą telefon z mocno stresującą informacją (chomik zdechł czy cokolwiek) i ciężko mi się skupić zebrać myśli.". 
Albo wprost, że pierwszy raz załatwiam coś takiego i lekko się stresuję, czy wszystko dobrze robię. Nigdy się nie spotkałem z negatywną reakcją na takie słowa. Wręcz przeciwnie, ludziom włącza się często empatia.

Wiem, że możesz widzieć mój wyjazd do Szwajcarii jako nieprzemyślany. Wyjeżdżam już szósty rok w różne miejsca i kondycyjnie mniej więcej wiem, czego się spodziewać. Fakt, nigdy się nie przygotowuję do tego, więc rzeczywiście narażam się na kontuzje i tylko szczęście sprawiło, że jeszcze takiej nie miałem. Zgadzam się, że to moje zaniedbanie. Rzucam pracę z dnia na dzień, ale wierz mi, że to nie jest nic niezwykłego. Jadąc w zupełnie obce miejsce, do obcego kraju, gdzie nikt z Twoich znajomych wcześniej nie pracował, a w sieci albo nie ma opinii, albo są tylko negatywne (bo kto niby pisze pozytywne opinie o pracodawcach? ) musisz liczyć się z sytuacją, że miejsce okaże się zbiorowiskiem patologii, albo obozem pracy. Myślę, że każdy, kto pracował przynajmniej kilka lat zagranicą miał taki przypadek. Dlatego trzeba być przygotowanym do tego, żeby natychmiast wrócić. Neko1witek pisał, że trzeba umieć ucinać straty możliwie jak najszybciej, a nie brnąć dalej i liczyć że się odrobi. Dlatego zawsze trzeba mieć kasę na powrót schowaną choćby i gaciach, zapasowy telefon z drugą kartą SIM, kartkę z numerami telefonów do ambasady, organizacji pomocowych dla Polaków, do Twojego ubezpieczyciela, oraz kartkę z informacją w kilku językach, z kim z rodziny mają się kontaktować ci, którzy znajdą Cię martwego, nieprzytomnego, po wypadku. Oceniłem, że to miejsce pracy jest poniżej moich standardów i nie chce dłużej dać się tak traktować. Wytrzymałem miesiąc żeby sobie odbić kasę, którą straciłem podczas pobytu w Polsce przez 5 miesięcy i ucinam dalsze stray fizyczne i psychiczne. Jest spora różnica w zmienianiu pracy, bo jestem niedojrzały i nic mi się nie podoba a ucieczką że skandalicznych warunków i traktowania.

I, wbrew pozorom, ten miesięczny wyjazd oraz prawie dwa miesiące aktywnej obecności na tym forum spowodowało u mnie największy mentalny skok w życiu. Możliwość wyrzucenia z siebie złości wysłuchania Waszych często różniących się od siebie porad. W tym czasie udało mi się pozbyć moich uzależnień, zredukować fobię społeczną do zwykłej tremy, którą odczuwa sporo normalnych ludzi dzięki choćby journalingowi, przekonać się, jak wiele możliwości jeszcze jest przede mną i że mój wiek to nie jest jeszcze za późno do ułożenia satysfakcjonującego życia, poznać historie ludzi, którzy zajmują się w życiu giełdą, mieszkaniami, biznesami. Że przez lata pobytu zagranicą zdobyłem trochę znajomych. Specyficznych, ale to są ludzie, którzy o mnie pamiętają i często dzownia. Że mam znajomych w moim rodzinnym mieście. Uświadomiłem sobie, że ustawienie odpowiedniej relacji z matką zależy wyłącznie ode mnie i mimo iż będzie to mi sprawiało duży dyskomfort i poczucie winy, to muszę to zrobić. Koniecznie. Tu nawet film "Bo się boi" okazał się bardzo pomocny. I wiem już, że tak naprawdę nie chce wcale mieć dziewczyny czy żony. Przynajmniej nie teraz. Nie chcę przejść spod jednej spódnicy pod drugą. Chcę poczuć trochę wolności i całkowitej kontroli nad moim życiem. Może dlatego nieświadomie sam się psychicznie wykastrowałem, żeby nie zwracać teraz uwagi na kobiety, tylko zająć się życiem towarzyskim, szukaniem, co chcę robić w życiu i zarabianiem pieniędzy. No i przy okazji zarobiłem jeszcze trochę kasy przez ten wyjazd i przyzwyczaiłem matkę, że kontakt telefoniczny raz na parę dni jest czymś normalnym, a danie znać przez Messenger, że żyję i nic mi nie jest w zupełności wystarczy.

Dostałem też ostro fizycznie w dupę i z czasem zacząłem się z tym czuć nawet dobrze. Zmęczenie jest duże pod koniec dnia, ale jakieś takie przyjemne. Śpię jak małe dziecko. A to mi daje nadzieję, że ćwiczenia na siłowni, czy trening kutarate łamane przez hudo da mi taki sam, albo i większy wyrzut pozytywnych odczuć. Ale tu już trzeba właśnie bardzo powoli i systematycznie ćwiczyć, żeby nie zrobić sobie kuku.

Moje "porady" dla osób z agorafobią czy jakimiś innymi lękami byky nie na miejscu i za to przepraszam. Czegoś się dowiedziałem. Rzeczy tu opisane zadziałały w moim specyficznym przypadku i nie chce, żeby ktoś sobie pogorszył po przeczytaniu tego.

Zatem ostatecznie w ciągu tak krótkiego czasu jestem w najlepszej kondycji psychicznej od dawna.
Wiem, że możesz pomyśleć, że sobie wkręcam jakąś iluzję, że sobie wkręcam, że jest dobrze, a w rzeczywistości dużo się nie zmieniło. I że pewnie kiedyś to wszystko jeszcze wróci. Może tak. Ale nawet jeśli sobie wkręcam, to jakie to ma znaczenie, jeśli w moim przypadku działa? Niech to będzie placebo, niech sobie nawet te problemy wracają co jakiś czas, jeśli muszą. Ja się uważam za mocno lepszego dzięki Wam i dzięki moim własnym działaniom. Wczoraj w Zurichu jakiś Azjata zapytał mnie na ulicy, czy mówię po angielsku, bo chciał się o drogę na dworzec spytać. Normalnie bym spanikował i powiedział, że nie mówię po angielsku. Ale pokonałem to odczucie i gadałem z nim po angielsku nawet bardzo dobrze. Nie miałem pojęcia, jak trafić na dworzec, ale poszukałem razem z nim w Googlach, nawet poszedłem razem z nim na dworzec i zapytałem po angielsku w informacji, jak trafić na konkretny peron. I potem z nim na ten peron poszedłem. Sympatyczny ziomek, w podziękowaniu kupił mi Colę w automacie. Byłem z siebie cholernie zadowolony przez resztę dnia.
Odpowiedz
"Moje "porady" dla osób z agorafobią czy jakimiś innymi lękami były nie na miejscu i za to przepraszam."
Nie przepraszaj - moim zdaniem masz dużo racji, chociaż wiadomo - że ludzie którzy mają określony problem, nie lubią słuchać od ludzi - którzy go nie mają, co z nim zrobić.
Z agorafobią jest tak - uważam - jak z wszystkimi innymi zaburzeniami, to znaczy jest to normalna ludzka cecha, w niektórych ludziach osiągająca poziom ekstremalny/patologiczny. Napisałeś Temper, wyżej - że masz w Sobie coś z narcyza, każdy ma. Tylko u niektórych jest to patologią.

Ciekawe jest to, co zauważyła już Susan Sontag (Choroba jako metafora), a później było bardzo widoczne w czasie Covid - że ludzie o różnych poglądach politycznych, z reguły patrzą inaczej na chorobę i inaczej na nią reagują. Nie lubię klasyfikacji zaburzeń psychicznych jako choroby, moim zdaniem to mylące (Jeszcze jedna rekomendacja - Thomas Szasz - The Myth of Mental Illness), ale tutaj akurat można postawić je razem.
I tak ludzie o prawicowych poglądach - wolnościowych, konserwatywnych - są statystycznie dużo bardziej skłonni myśleć, że mogą "pokonać" chorobę, czy dolegliwość - czy to siłą woli, czy naturalnymi środkami. W ekstremach, ma to Swoje patologie - ludzie którzy odmawiają opieki lekarskiej i zamiast tego chcą leczyć raka w zaawansowanych stadium ziołami, albo głodówką.

Ludzi o lewicowych poglądach są dużo bardziej skłonni wierzyć, że nie mają żadnego wpływu na rozwój choroby i wierzą dość ślepo w ekspertów i naukowe wyjaśnienia. Tutaj patologią są na przykład ludzie otyli, którzy siedzą na tyłku i objadają się - i racjonalizują to mówiąc, że nie mogą zrzucić wagi bo to geny, środowisko, bo "nic nie jedzą"... albo na przykład ludzie którzy przy lekkiej depresji idą do psychiatry po leki, które biorą do końca życia - prowadząc tryb życia, przy którym prawdziwym wyczynem było by NIE MIEĆ Depresji.

I tak, jak to z reguły jest, prawda jest pośrodku. Ludzie nie mają aż takiej kontroli nad własnymi emocjami, jak wierzą w to ekstremiści - ale z drugiej strony przedstawianie tego na zasadach deterministycznych jest moim zdaniem często skutkiem racjonalizacji ludzi, którzy chcą pozbyć się odpowiedzialności za własne niedociągnięcia i błędy.
U mnie największym krokiem w przezwyciężeniu depresji było zmienienie nawyków myślowych - i taka psychoanaliza i psychoterapia to coś, do czego każdy jest w pewnym stopniu zdolny.
Tylko moja opinia, oczywiście )
Odpowiedz
Dzięki za rekomendacje, Nawaphon. Zapisałem sobie, a książkę Sontag znalazłem już na Allegro. To jest w sumie ciekawe podejście z tymi poglądami politycznymi i chorobami i im dłużej nad tym myślę, tym bardziej się do niego przekonuję.
Dobrze słyszeć, że samoleczenie depresji w Twoim przypadku pomogło. Gratuluję wyjścia z tego bagna.
Odpowiedz
W tej książce jest dużo ciekawych spostrzeżeń - ale ogólnie nie jest to bardzo lekka lektura, tak więc jeśli nie czytasz bardzo dużo i masz ograniczony czas - to myślę, że raczej bym jej nie polecał, z innych książek można więcej wyciągnąć, szczególnie więcej wiedzy praktycznej.
Odpowiedz
Rzucę okiem na pdf z netu i sprawdzę, czy mi to podchodzi. Jeśli nie, to odpuszczę.
Odpowiedz
Przeglądając grupę o spacerach po Warszawie znalazłem link do ciekawej inicjatywy:

https://freewalkingtour.com/pl/

Wycieczki z przewodnikiem po różnych miastach w Polsce i zagranicą. Darmowe, płaci się "co łaska" przewodnikowi po fakcie. Fajna sprawa, żeby pobyć trochę z ludźmi, pogadać i dowiedzieć się czegoś ciekawego.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości