12-23-2024, 01:19 AM
No i z pozytywów, dalej nie ma objawów zespołu niespokojnych nóg. Jego przyczyną jest zaburzenie metabolizmu dopaminy. Jeśli naprawdę znikł, to jest to super wiadomość, z kilku powodów. Po pierwsze, mamy skuteczny lek na coś, czego medycyna nie potrafi leczyć. Po drugie, komfort mojego życia zwiększył się niebotycznie. Po trzecie w końcu, jeśli uzupełnienie GLA naprawia problemy z dopaminą, to by mogło oznaczać, że mamy też lek na chorobę Parkinsona.
Strasznie dużo założeń w tym rozumowaniu. No ale faktem jest, że już długo nie zdarzyło się, bym nie mógł kilka godzin zasnąć z powodu tego nieznośnego odczucia w łydkach, jak swędzenie, tylko nie idzie podrapać.
Zastanawiam się, czy i ewentualnie kiedy wracać do żelaza. Może ono też zacznie działać dopiero po uzupełnieniu GLA? Albo podniesieniu tauryny, która mocno z żelazem wchodzi w interakcje? Na razie jeszcze poczekam, aż się żołądek do końca uspokoi.
Obecnie największy problem to to, że ciągle czuję się jak zombie, zmuszenie się do czegokolwiek nowego to prawdziwe wyzwanie. Jakbym był totalnie wypompowany z sił, nawet nie zmęczony, ale przemęczony. Zdarzało mi się niemal zataczać jak chodzę, w rozmowach też głównie przytakuję i nie pojawia się w głowie nic błyskotliwego jako odpowiedź. To jest z mniejszym lub większym nasileniem problem od wielu lat, przy czym odnoszę wrażenie, że bardzo mocno się nasiliło właśnie wraz z zanikiem obłączków.
No ale mam okresy gdy jest lepiej, mam gdy jest gorzej. Trzeba wyłapać co się dzieje, gdy jest lepiej. I tu właśnie na myśl nasuwa się żelazo, które jest jakby nie patrzeć postawą energii całego ciała, a zmęczenie jest najbardziej klasycznym z klasycznych objawów niedoboru. Druga oczywista myśl to dopamina. Z dopaminą wiele się nie zrobi, a przy żelazie przestraszyłem się możliwości, że jego nadmiar może znacznie zwiększyć ryzyko parkinsonizmu, które i tam ma już bardzo mocno podniesione. Chociaż tutaj wyniki badań nie są jednoznaczne, niby w tej chorobie odkłada się w mózgu, ale jak podali chelatory, wypłukujące żelazo z tkanek, objawy się pogorszyły, zamiast poprawić.
Strasznie dużo założeń w tym rozumowaniu. No ale faktem jest, że już długo nie zdarzyło się, bym nie mógł kilka godzin zasnąć z powodu tego nieznośnego odczucia w łydkach, jak swędzenie, tylko nie idzie podrapać.
Zastanawiam się, czy i ewentualnie kiedy wracać do żelaza. Może ono też zacznie działać dopiero po uzupełnieniu GLA? Albo podniesieniu tauryny, która mocno z żelazem wchodzi w interakcje? Na razie jeszcze poczekam, aż się żołądek do końca uspokoi.
Obecnie największy problem to to, że ciągle czuję się jak zombie, zmuszenie się do czegokolwiek nowego to prawdziwe wyzwanie. Jakbym był totalnie wypompowany z sił, nawet nie zmęczony, ale przemęczony. Zdarzało mi się niemal zataczać jak chodzę, w rozmowach też głównie przytakuję i nie pojawia się w głowie nic błyskotliwego jako odpowiedź. To jest z mniejszym lub większym nasileniem problem od wielu lat, przy czym odnoszę wrażenie, że bardzo mocno się nasiliło właśnie wraz z zanikiem obłączków.
No ale mam okresy gdy jest lepiej, mam gdy jest gorzej. Trzeba wyłapać co się dzieje, gdy jest lepiej. I tu właśnie na myśl nasuwa się żelazo, które jest jakby nie patrzeć postawą energii całego ciała, a zmęczenie jest najbardziej klasycznym z klasycznych objawów niedoboru. Druga oczywista myśl to dopamina. Z dopaminą wiele się nie zrobi, a przy żelazie przestraszyłem się możliwości, że jego nadmiar może znacznie zwiększyć ryzyko parkinsonizmu, które i tam ma już bardzo mocno podniesione. Chociaż tutaj wyniki badań nie są jednoznaczne, niby w tej chorobie odkłada się w mózgu, ale jak podali chelatory, wypłukujące żelazo z tkanek, objawy się pogorszyły, zamiast poprawić.



