08-27-2023, 03:28 PM
Rozumiem, że islam może Cię denerwować. Mnie pewnie też by denerwował. Szczególnie, jeśli byłby mi narzucany. Nie wiedziałem, że oni kłaniają się tylko bogu. To jest zasada, która faktycznie wpływa jakoś na codzienne życie, choćby na Twoich treningach.
Tak jak mówisz, niektórzy wierzą z przyzwyczajenia. Albo z poczucia obowiązku, nawet jeśli mają wątpliwości, to wiary (a przynajmniej praktyk) nie porzucają, bo by czuli, że zdradzają sami siebie.
Wydaje mi się, że jest w ludziach coś takiego, co sprawia, że są wyjątkowo odporni na zmianę poglądów. Tyczy się to i religii i wszelkiego rodzaju "szurstwa". Bez względu na to, czy w zamian proponuje się im pogląd obiektywnie prawdziwy, czy obiektywnie fałszywy; czy im się go próbuje wbić za pomocą argumentacji poprawnej, czy - argumentacji błędnej, czy przez wyśmiewanie lub atakowanie. Bez względu na to wszystko, coś utrzymuje ich w stanie "światopoglądowej inercji". Dlatego rozmowy o religii, polityce itp. są bardzo ciężkie i zwykle nie kończą się niczym konstruktywnym, jeśli ludzie podchodzą do nich emocjonalnie, a nie stricte logicznie. A niestety prawie nikt z nas nie podchodzi w pełni logicznie.
Jednym z powodów, dla których ludzie nienawidzą dawać się przekonać, jest troska o własną samoocenę. Jak pokazuje psychologia ewolucyjna, wysoka samoocena - zwykle mocno powiązana relacją przyczynowo-skutkową z reputacją - jest jednym z najważniejszych dóbr, o które zabiega istota ludzka, zwłaszcza istota ludzka płci męskiej w apogeum wieku reprodukcyjnego (w przybliżeniu 15-30 lat).
Danie się przekonać i przyznanie się do błędu, to zwykle doświadczenie wstydliwe, upokarzające i bardzo silnie bijące w samoocenę. Jest to de facto przyznanie przed samym sobą (cios w samoocenę), a co gorsza - przed resztą świata (cios w reputację), że było się głupszym, bardziej niekompetentnym i mniej wiarygodnym niż przeciwnik, który nas przekonał. Na domiar złego nobilituje się przeciwnika, pozwala mu nad nami tryumfować i okazywać wyższość. Efekt jest tym silniejszy, z im większą pewnością siebie, arogancją i pogardą dla przeciwnika wyrażało się swoje zdanie.
Drugim powodem, dla którego ludzie nie chcą dać się przekonać jest coś takiego, co się nazywa błędem kosztów utopionych. Zjawisko znane w ekonomii. Jeśli już w coś zainwestowaliśmy, to nawet pomimo strat ciągniemy to dalej, zamiast natychmiast przerwać, bo liczymy, że w końcu uda nam się chociaż odbić straty.
Człowiek przywiązuje się do swoich poglądów, wie, że dużo poświecił na ich zbudowanie, pielęgnowanie i propagowanie (czytał publikacje na ten temat; uczestniczył w dyskusjach broniąc tych poglądów; niewykluczone, że jakieś osoby - np. z bliskiej rodziny - do nich przekonał; bardzo się z nimi identyfikuje, wręcz opiera na nich swoją tożsamość i światopogląd; jest rozpoznawany przez innych jako wyznawca tych poglądów), a niekiedy nawet podejmował określone decyzje życiowe kierując się nimi. Odrzucenie tych poglądów jawi mu się jako zmarnowanie całego wysiłku włożonego w ich wygenerowanie i "dorobku", który dzięki nim uzyskał, oraz jako nieznośnie przykra świadomość, że się "sfrajerował". Dla przykładu: ludzie, którzy by pozbyć się jakiejś dolegliwości zapłacili za jakąś "medycynę alternatywną (bioenergoterapia, akupunktura, homeopatia, rytuały itp.), bardzo często - nie chcąc przyznać się do swojej naiwności - wmawiają sobie, że faktycznie czują poprawę. Często potem na zasadzie autosugestii i placebo ta poprawa faktycznie przychodzi, ale to już inny temat.
Trzeci powód to kwestia lojalności wobec swojej grupy / rodziny oraz zaufanie do autorytetów. Zazwyczaj jest tak, że człowiek wyznaje niewiele całkowicie autorskich poglądów, częściej przejmuje te poglądy - nieraz w całych pakietach - od innych osób (od rodziny, od znajomych, z książek, z wypowiedzi ulubionych polityków czy myślicieli, od przywódców i ideologów religijnych). Wyznawanie określonych poglądów niejako definiuje przynależność grupową człowieka, a odrzucenie ich jawi mu się jako swoista zdrada, przed którą powstrzymuje go przywiązanie i wewnątrzgrupowa lojalność (zjawisko typowe dla stadnych i hierarchicznych istot, jakimi są ludzie).
Jeśli nawet człowiek czuje, że nie jest w stanie przekonująco uzasadnić swoich poglądów, a argumenty wysuwane przeciwko nim są dla niego nie do odparcia, w żaden sposób nie jest to w stanie zachwiać jego przekonaniem w ich słuszność. Myśli sobie: cóż z tego, że ja nie potrafię swych poglądów uzasadnić ani obronić, skoro te same poglądy wyznaje wiele osób mądrzejszych ode mnie i one na pewno to potrafią; czyż takie autorytety (ulubiony polityk, dziennikarz, duchowny, filozof, Biblia...) mogłyby się mylić? Albo odwrotnie: czy jakiś mój anty-autorytet mógłby mieć rację?
Doznania te są tak przykre, że trudno się dziwić, iż umysł robi wszystko, by ich uniknąć. W tym celu wykonuje logiczną i poznawczą ekwilibrystykę, za pomocą której próbuje oszukać sam siebie, a przy okazji innych (tak to ma działać: dbając o własną samoocenę de facto dbasz o swoją reputację, która to przekłada się na twoje fitness), że w rzeczywistości w konfrontacji na argumenty co najmniej nie przegrał.
Dlatego żadne dyskusje i debaty w telewizji nie mają sensu. One są skierowane do utwierdzania własnego zdania, a nie do przekonywania innych. Dlatego polecam Ci próbować się nie stresować religią, a ludzi narzucających swoją wiarę w miarę możliwości strofować lub odsuwać całkowicie. W Polsce religia nie ma już dużego wpływu na cokolwiek, większość ludzi ma ją w pompie, tak jak pisałem wcześniej. Co najwyżej przyjmują sakramenty typu ślub, chrzest itp, żeby babci nie było smutno, żeby się nie obraziła i nie przepisała mieszkania komuś innemu. Jeszcze kilka czy kilkanaście lat i religia będzie miała w Polsce taki sam status, jak w Czechach czy Francji. Mówię tu oczywiście o KK, bo islam to niestety inna bajka, ale myślę, że siła islamu też będzie spadać z roku na rok.
Tak jak mówisz, niektórzy wierzą z przyzwyczajenia. Albo z poczucia obowiązku, nawet jeśli mają wątpliwości, to wiary (a przynajmniej praktyk) nie porzucają, bo by czuli, że zdradzają sami siebie.
Wydaje mi się, że jest w ludziach coś takiego, co sprawia, że są wyjątkowo odporni na zmianę poglądów. Tyczy się to i religii i wszelkiego rodzaju "szurstwa". Bez względu na to, czy w zamian proponuje się im pogląd obiektywnie prawdziwy, czy obiektywnie fałszywy; czy im się go próbuje wbić za pomocą argumentacji poprawnej, czy - argumentacji błędnej, czy przez wyśmiewanie lub atakowanie. Bez względu na to wszystko, coś utrzymuje ich w stanie "światopoglądowej inercji". Dlatego rozmowy o religii, polityce itp. są bardzo ciężkie i zwykle nie kończą się niczym konstruktywnym, jeśli ludzie podchodzą do nich emocjonalnie, a nie stricte logicznie. A niestety prawie nikt z nas nie podchodzi w pełni logicznie.
Jednym z powodów, dla których ludzie nienawidzą dawać się przekonać, jest troska o własną samoocenę. Jak pokazuje psychologia ewolucyjna, wysoka samoocena - zwykle mocno powiązana relacją przyczynowo-skutkową z reputacją - jest jednym z najważniejszych dóbr, o które zabiega istota ludzka, zwłaszcza istota ludzka płci męskiej w apogeum wieku reprodukcyjnego (w przybliżeniu 15-30 lat).
Danie się przekonać i przyznanie się do błędu, to zwykle doświadczenie wstydliwe, upokarzające i bardzo silnie bijące w samoocenę. Jest to de facto przyznanie przed samym sobą (cios w samoocenę), a co gorsza - przed resztą świata (cios w reputację), że było się głupszym, bardziej niekompetentnym i mniej wiarygodnym niż przeciwnik, który nas przekonał. Na domiar złego nobilituje się przeciwnika, pozwala mu nad nami tryumfować i okazywać wyższość. Efekt jest tym silniejszy, z im większą pewnością siebie, arogancją i pogardą dla przeciwnika wyrażało się swoje zdanie.
Drugim powodem, dla którego ludzie nie chcą dać się przekonać jest coś takiego, co się nazywa błędem kosztów utopionych. Zjawisko znane w ekonomii. Jeśli już w coś zainwestowaliśmy, to nawet pomimo strat ciągniemy to dalej, zamiast natychmiast przerwać, bo liczymy, że w końcu uda nam się chociaż odbić straty.
Człowiek przywiązuje się do swoich poglądów, wie, że dużo poświecił na ich zbudowanie, pielęgnowanie i propagowanie (czytał publikacje na ten temat; uczestniczył w dyskusjach broniąc tych poglądów; niewykluczone, że jakieś osoby - np. z bliskiej rodziny - do nich przekonał; bardzo się z nimi identyfikuje, wręcz opiera na nich swoją tożsamość i światopogląd; jest rozpoznawany przez innych jako wyznawca tych poglądów), a niekiedy nawet podejmował określone decyzje życiowe kierując się nimi. Odrzucenie tych poglądów jawi mu się jako zmarnowanie całego wysiłku włożonego w ich wygenerowanie i "dorobku", który dzięki nim uzyskał, oraz jako nieznośnie przykra świadomość, że się "sfrajerował". Dla przykładu: ludzie, którzy by pozbyć się jakiejś dolegliwości zapłacili za jakąś "medycynę alternatywną (bioenergoterapia, akupunktura, homeopatia, rytuały itp.), bardzo często - nie chcąc przyznać się do swojej naiwności - wmawiają sobie, że faktycznie czują poprawę. Często potem na zasadzie autosugestii i placebo ta poprawa faktycznie przychodzi, ale to już inny temat.
Trzeci powód to kwestia lojalności wobec swojej grupy / rodziny oraz zaufanie do autorytetów. Zazwyczaj jest tak, że człowiek wyznaje niewiele całkowicie autorskich poglądów, częściej przejmuje te poglądy - nieraz w całych pakietach - od innych osób (od rodziny, od znajomych, z książek, z wypowiedzi ulubionych polityków czy myślicieli, od przywódców i ideologów religijnych). Wyznawanie określonych poglądów niejako definiuje przynależność grupową człowieka, a odrzucenie ich jawi mu się jako swoista zdrada, przed którą powstrzymuje go przywiązanie i wewnątrzgrupowa lojalność (zjawisko typowe dla stadnych i hierarchicznych istot, jakimi są ludzie).
Jeśli nawet człowiek czuje, że nie jest w stanie przekonująco uzasadnić swoich poglądów, a argumenty wysuwane przeciwko nim są dla niego nie do odparcia, w żaden sposób nie jest to w stanie zachwiać jego przekonaniem w ich słuszność. Myśli sobie: cóż z tego, że ja nie potrafię swych poglądów uzasadnić ani obronić, skoro te same poglądy wyznaje wiele osób mądrzejszych ode mnie i one na pewno to potrafią; czyż takie autorytety (ulubiony polityk, dziennikarz, duchowny, filozof, Biblia...) mogłyby się mylić? Albo odwrotnie: czy jakiś mój anty-autorytet mógłby mieć rację?
Doznania te są tak przykre, że trudno się dziwić, iż umysł robi wszystko, by ich uniknąć. W tym celu wykonuje logiczną i poznawczą ekwilibrystykę, za pomocą której próbuje oszukać sam siebie, a przy okazji innych (tak to ma działać: dbając o własną samoocenę de facto dbasz o swoją reputację, która to przekłada się na twoje fitness), że w rzeczywistości w konfrontacji na argumenty co najmniej nie przegrał.
Dlatego żadne dyskusje i debaty w telewizji nie mają sensu. One są skierowane do utwierdzania własnego zdania, a nie do przekonywania innych. Dlatego polecam Ci próbować się nie stresować religią, a ludzi narzucających swoją wiarę w miarę możliwości strofować lub odsuwać całkowicie. W Polsce religia nie ma już dużego wpływu na cokolwiek, większość ludzi ma ją w pompie, tak jak pisałem wcześniej. Co najwyżej przyjmują sakramenty typu ślub, chrzest itp, żeby babci nie było smutno, żeby się nie obraziła i nie przepisała mieszkania komuś innemu. Jeszcze kilka czy kilkanaście lat i religia będzie miała w Polsce taki sam status, jak w Czechach czy Francji. Mówię tu oczywiście o KK, bo islam to niestety inna bajka, ale myślę, że siła islamu też będzie spadać z roku na rok.



