08-09-2023, 09:40 PM
No właśnie internet to całe morze ludzi, ale to głównie znajomości pobieżne. Ciężko jest tak od zera dorobić się jakieś głębokiej relacji przeprowadzając się w nowe miejsce, bo inni w twoim miejscu zamieszkania mają te znajomości z liceum i ze studiów, więc już na starcie będziesz tym nowym znajomym drugiej kategorii. W kwestii takich głębszych znajomości chyba najlepiej jest odnowić kontakt z kimś z przeszłości, nawet jak to będzie na odległość i ze spotkaniem raz do roku. Odnowiłem kontakt ze znajomą z liceum od biorezonansu i choć wiem już, dlaczego jest nadal starą panną i ogólnie wkurza mnie czasem strasznie, to jednak to stara, sprawdzona znajomość.
Zmieniłem podejście i teraz zamiast szukać nowych znajomych szukam nowych doświadczeń i hobby, dalej chodzę na różne spotkania, ale moim celem nie jest nikogo poznać a fajnie spędzić czas, nauczyć się czegoś nowego, rozwijać się powoli w jakiejś dziedzinie. Teraz te proste znajomości na zasadzie gadki-szmatki są dla mnie czymś fajnym, bo nie oczekuję od nich niczego więcej. A zamiast stękać, że nie mam z kim się spotkać, robię różne fajne rzeczy albo planuję kolejne. Śledzę grupki na fejsie i staram się doklejać do różnych aktywności. Prawie co tydzień łażę na imprezy do klubów. I chociaż bardzo rzadko tam z kimkolwiek gadam, to nikt mi nie zabroni machać łapami do disco w rytmie polo. A i czasem zniszczyć się trochę alkoholem. Teraz jak mogę przespać się w Poznaniu, to nie mam z tym problemu.
Także okazało się po latach, że problem był tylko i wyłącznie w mojej głowie. Wystarczyło sobie pomyśleć, że to już nie jest problem i zniknoł, zaginoł na zawsze. Po więcej złotych porad psychologicznych zapraszam do mnie na priv. Należy się 200 (z fakturą by było jeszcze drożej).
A, no i kupiłem sobie pierwszy samochód. Za grosze. Może i mi odjebało, ale to jest... Polonez Caro. NA CHODZIE! Kolor minia (albo to rdza, w sumie nie wiem). Rocznik 2000. Bardziej do zabawy i do nauki grzebania w bebechach, niż do faktycznej jazdy, bo trochę strach. Jechałem nim już z Łodzi do Poznania i przeżyłem. Inni uczestnicy ruchu też. Chociaż miałem serce w gardle. Pojadę se nim na tor i wyżyłuję silnik, podriftuję, wprawię w zmiany biegów i inne takie. A potem pewnie pójdzie na żyletki i może kupię coś lepsiejszego już do normalnej jazdy. Np. Fiata 125p albo kaszlaka.
Gość od Poloneza miał jeszcze na sprzedaż Żuka w dobrym stanie. Nie powiem, kusiło, bo na Żuka można dupy wyrywać - gumowce łojem wypastowane, brylantyna na łeb, świeżutki dres z Pewexu, kieta na szyję i wszystkie świnie moje. No ale wydawanie kasy na odpały ma swoje granice. Niestety.
Zmieniłem podejście i teraz zamiast szukać nowych znajomych szukam nowych doświadczeń i hobby, dalej chodzę na różne spotkania, ale moim celem nie jest nikogo poznać a fajnie spędzić czas, nauczyć się czegoś nowego, rozwijać się powoli w jakiejś dziedzinie. Teraz te proste znajomości na zasadzie gadki-szmatki są dla mnie czymś fajnym, bo nie oczekuję od nich niczego więcej. A zamiast stękać, że nie mam z kim się spotkać, robię różne fajne rzeczy albo planuję kolejne. Śledzę grupki na fejsie i staram się doklejać do różnych aktywności. Prawie co tydzień łażę na imprezy do klubów. I chociaż bardzo rzadko tam z kimkolwiek gadam, to nikt mi nie zabroni machać łapami do disco w rytmie polo. A i czasem zniszczyć się trochę alkoholem. Teraz jak mogę przespać się w Poznaniu, to nie mam z tym problemu.
Także okazało się po latach, że problem był tylko i wyłącznie w mojej głowie. Wystarczyło sobie pomyśleć, że to już nie jest problem i zniknoł, zaginoł na zawsze. Po więcej złotych porad psychologicznych zapraszam do mnie na priv. Należy się 200 (z fakturą by było jeszcze drożej).
A, no i kupiłem sobie pierwszy samochód. Za grosze. Może i mi odjebało, ale to jest... Polonez Caro. NA CHODZIE! Kolor minia (albo to rdza, w sumie nie wiem). Rocznik 2000. Bardziej do zabawy i do nauki grzebania w bebechach, niż do faktycznej jazdy, bo trochę strach. Jechałem nim już z Łodzi do Poznania i przeżyłem. Inni uczestnicy ruchu też. Chociaż miałem serce w gardle. Pojadę se nim na tor i wyżyłuję silnik, podriftuję, wprawię w zmiany biegów i inne takie. A potem pewnie pójdzie na żyletki i może kupię coś lepsiejszego już do normalnej jazdy. Np. Fiata 125p albo kaszlaka.
Gość od Poloneza miał jeszcze na sprzedaż Żuka w dobrym stanie. Nie powiem, kusiło, bo na Żuka można dupy wyrywać - gumowce łojem wypastowane, brylantyna na łeb, świeżutki dres z Pewexu, kieta na szyję i wszystkie świnie moje. No ale wydawanie kasy na odpały ma swoje granice. Niestety.



