06-19-2023, 12:28 AM
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-19-2023, 05:10 AM przez tomakin.)
Parę godzin wczoraj przegadałem przez telefon z kumpelą, między innymi o nerwicy, może kogoś zainteresuje, jak to było u mnie, czy raczej, jak to może się przydarzyć każdemu. Na ile nasze życie zależy od chemii mózgu.
Byłem w miarę normalnym, zdrowym gościem, z co prawda całym zestawem autystyczności, lenistwa i czego tam, ale nie było żadnych problemów które naprawdę dawałyby się we znaki. Jakoś tak mnie wzięło, żeby zainteresować się polityką narkotykową, tym, jak prohibicja generuje wielokrotnie więcej problemów, niż jej brak. Zacząłem udzielać się na forum jakiejś organizacji, okazało się, że dwóch ziomów jest z mojego miasta, miało być spotkanie organizacyjne, niewiele myśląc wsiadłem z nimi w pociąg i pojechałem do Warszawy, 8 godzin jazdy w jedną stronę, z ludźmi których pierwszy raz widzę na żywo, spotkać się z grupą związaną z narkotykami, gdzie do tego było pewnie trochę tajniaków z policji, ZERO objawów lękowych czy czegokolwiek, aczkolwiek jak teraz o tym myślę, to pewnie miałem wcześniej już jakieś lekkie ataki, tylko po prostu ich nie potrafiłem z niczym skojarzyć.
W wawce oczywiście na koniec spotkania była degustacja zielska, potem miałem pierwszy poważny atak. Do tej pory na jego wspomnienie dosłownie mnie mrozi, z godzinę czy dwie siedziałem na schodach za kanciapą i byłem przekonany, że właśnie umieram. Tak na logikę, to nie marihuana była bezpośrednią przyczyną, ona tylko była kroplą przepełniającą czarę, ludzie dostają pierwszego ataku w różnych sytuacjach, gdy poziom stresu przekroczy granicę.
Ktoś, kto tego nie przeżył, nie zdaje sobie sprawy, jak potężnym bodźcem jest atak nerwicy lękowej. Takie coś spokojnie może wywołać zespół stresu pourazowego porównywalny z tym, jaki mają ofiary wypadków, gdzie na ich oczach bliskie osoby zostały przemielone.
Po powrocie do domu okazało się, że nie jestem w stanie przejechać więcej niż kilku przystanków autobusem. Być może stres związany z atakiem paniki, który miał miejsce daleko od domu sprawił, że w mózgu pojawiła się bardzo silna zależność "oddalanie się od domu jest niebezpieczne", a może agorafobia tak działa i gdyby nie ten pierwszy atak w Warszawie, byłoby tak samo. Ciężko powiedzieć. Co jest istotne, w jednej chwili byłem gościem, który tak totalnie o z bani potrafi pojechać w ciemno na drugi koniec świata i jeszcze jest to dla niego świetna zabawa, po kilku nie wiem... tygodniach? nie bardzo potrafi oddalić się od domu na więcej niż kilkaset metrów.
Żeby było weselej, pomimo tego, że nie byłem w stanie oddalać się od domu, nie wiedziałem, że nie jestem w stanie tego robić. Wesoło wsiadam sobie gdzieś w autobus, żeby pojechać do kumpla, za chwilę dosłownie muszę z niego uciekać. Ile to czasu minęło, zanim zorientowałem się, dlaczego. Że po prostu się... boję.
I tu pojawia się problem, bo za cholerę nie wiem, kiedy zaczęły się stany podgorączkowe i rozwolnienia, kiedy pojawił się objaw Terry'ego. Czy to było razem z początkiem ataków, czy może jakiś czas potem? W sumie... pewnie da się to ogarnąć, gdzieś mam wyniki badań które robiłem, by ustalić co jest nie tak. Na pewno pierwsze badanie wapnia i magnezu było robione w czasie tych rozwolnień. Może też gdzieś w internecie jest ślad po nieszczęsnym spotkaniu.
Co tutaj jest istotne, nie miałem chyba żadnych poważnych problemów z układem pokarmowym przed tym pierwszym atakiem.
Zarówno ataki paniki, jak i problemy jelitowe minęły gdy uregulowałem dwie rzeczy. Pierwsza to kilogramy supli, brałem wszystko, co w badaniach miało wykazane działanie chroniące przed lękiem. Druga to usunięcie z sypialni grzyba i generalny remont, z wywalaniem łóżka i mebli, położeniem nowej podłogi etc.
Dwa błędy, które do tego doprowadziły, to:
- doprowadzenie do skrajnego niedoboru witaminy D3, wtedy nikt o niej nie wiedział, ja się medycyną nie interesowałem, gdzieś przeczytałem, że słońce jest groźne, można raka dostać i żyłem w cieniu
- bez D3 organizm nie jest w stanie magazynować magnezu, wiec i to musiało się pojawić
- wypłukanie cynku, przez fatalną dietę, efekt suplementacji pojawił się praktycznie z dnia na dzień i był bardzo silny
I jest jeszcze sprawa jodu. Stwierdziłem (całkiem słusznie), że muszę mieć cholerny niedobór, w końcu tyle lat bez ryby. To był okres, gdy spałem w podkoszulku termoaktywnym, polarze, pod kołdrą, kocem i jeszcze było mi zimno. Teraz myślę, że to mogła być sprawka nie tarczycy, tylko tego grzyba, który wykończył mnie fizycznie, ale wtedy nie miałem o medycynie pojęcia, wziąłem jod. Całkiem możliwe, że sobie popsułem coś zbyt wysokimi dawkami, wywołując z kolei nadczynność, która być może była odpowiedzialna za część objawów. Brakuje mi tutaj informacji o tym, jak to się czasowo rozkładało, kiedy pojawił się objaw, kiedy zacząłem brać jod.
Byłem w miarę normalnym, zdrowym gościem, z co prawda całym zestawem autystyczności, lenistwa i czego tam, ale nie było żadnych problemów które naprawdę dawałyby się we znaki. Jakoś tak mnie wzięło, żeby zainteresować się polityką narkotykową, tym, jak prohibicja generuje wielokrotnie więcej problemów, niż jej brak. Zacząłem udzielać się na forum jakiejś organizacji, okazało się, że dwóch ziomów jest z mojego miasta, miało być spotkanie organizacyjne, niewiele myśląc wsiadłem z nimi w pociąg i pojechałem do Warszawy, 8 godzin jazdy w jedną stronę, z ludźmi których pierwszy raz widzę na żywo, spotkać się z grupą związaną z narkotykami, gdzie do tego było pewnie trochę tajniaków z policji, ZERO objawów lękowych czy czegokolwiek, aczkolwiek jak teraz o tym myślę, to pewnie miałem wcześniej już jakieś lekkie ataki, tylko po prostu ich nie potrafiłem z niczym skojarzyć.
W wawce oczywiście na koniec spotkania była degustacja zielska, potem miałem pierwszy poważny atak. Do tej pory na jego wspomnienie dosłownie mnie mrozi, z godzinę czy dwie siedziałem na schodach za kanciapą i byłem przekonany, że właśnie umieram. Tak na logikę, to nie marihuana była bezpośrednią przyczyną, ona tylko była kroplą przepełniającą czarę, ludzie dostają pierwszego ataku w różnych sytuacjach, gdy poziom stresu przekroczy granicę.
Ktoś, kto tego nie przeżył, nie zdaje sobie sprawy, jak potężnym bodźcem jest atak nerwicy lękowej. Takie coś spokojnie może wywołać zespół stresu pourazowego porównywalny z tym, jaki mają ofiary wypadków, gdzie na ich oczach bliskie osoby zostały przemielone.
Po powrocie do domu okazało się, że nie jestem w stanie przejechać więcej niż kilku przystanków autobusem. Być może stres związany z atakiem paniki, który miał miejsce daleko od domu sprawił, że w mózgu pojawiła się bardzo silna zależność "oddalanie się od domu jest niebezpieczne", a może agorafobia tak działa i gdyby nie ten pierwszy atak w Warszawie, byłoby tak samo. Ciężko powiedzieć. Co jest istotne, w jednej chwili byłem gościem, który tak totalnie o z bani potrafi pojechać w ciemno na drugi koniec świata i jeszcze jest to dla niego świetna zabawa, po kilku nie wiem... tygodniach? nie bardzo potrafi oddalić się od domu na więcej niż kilkaset metrów.
Żeby było weselej, pomimo tego, że nie byłem w stanie oddalać się od domu, nie wiedziałem, że nie jestem w stanie tego robić. Wesoło wsiadam sobie gdzieś w autobus, żeby pojechać do kumpla, za chwilę dosłownie muszę z niego uciekać. Ile to czasu minęło, zanim zorientowałem się, dlaczego. Że po prostu się... boję.
I tu pojawia się problem, bo za cholerę nie wiem, kiedy zaczęły się stany podgorączkowe i rozwolnienia, kiedy pojawił się objaw Terry'ego. Czy to było razem z początkiem ataków, czy może jakiś czas potem? W sumie... pewnie da się to ogarnąć, gdzieś mam wyniki badań które robiłem, by ustalić co jest nie tak. Na pewno pierwsze badanie wapnia i magnezu było robione w czasie tych rozwolnień. Może też gdzieś w internecie jest ślad po nieszczęsnym spotkaniu.
Co tutaj jest istotne, nie miałem chyba żadnych poważnych problemów z układem pokarmowym przed tym pierwszym atakiem.
Zarówno ataki paniki, jak i problemy jelitowe minęły gdy uregulowałem dwie rzeczy. Pierwsza to kilogramy supli, brałem wszystko, co w badaniach miało wykazane działanie chroniące przed lękiem. Druga to usunięcie z sypialni grzyba i generalny remont, z wywalaniem łóżka i mebli, położeniem nowej podłogi etc.
Dwa błędy, które do tego doprowadziły, to:
- doprowadzenie do skrajnego niedoboru witaminy D3, wtedy nikt o niej nie wiedział, ja się medycyną nie interesowałem, gdzieś przeczytałem, że słońce jest groźne, można raka dostać i żyłem w cieniu
- bez D3 organizm nie jest w stanie magazynować magnezu, wiec i to musiało się pojawić
- wypłukanie cynku, przez fatalną dietę, efekt suplementacji pojawił się praktycznie z dnia na dzień i był bardzo silny
I jest jeszcze sprawa jodu. Stwierdziłem (całkiem słusznie), że muszę mieć cholerny niedobór, w końcu tyle lat bez ryby. To był okres, gdy spałem w podkoszulku termoaktywnym, polarze, pod kołdrą, kocem i jeszcze było mi zimno. Teraz myślę, że to mogła być sprawka nie tarczycy, tylko tego grzyba, który wykończył mnie fizycznie, ale wtedy nie miałem o medycynie pojęcia, wziąłem jod. Całkiem możliwe, że sobie popsułem coś zbyt wysokimi dawkami, wywołując z kolei nadczynność, która być może była odpowiedzialna za część objawów. Brakuje mi tutaj informacji o tym, jak to się czasowo rozkładało, kiedy pojawił się objaw, kiedy zacząłem brać jod.



