06-12-2023, 07:09 PM
No fakt, pewnie to nie jest płynny, piękny angielski czy holenderski, egzaminu na certyfikat pewnie byle nie zdali, ale jednak niektórzy z nich żyją zagranicą na stałe. Założyli tam rodziny, kupili domy czy mieszkania, mają pracę. Zatem muszą sobie jakoś radzić z językiem. I tak jest w sumie najlepiej. Jak nie masz wyboru i jesteś otoczony językiem ze wszystkich stron, to łatwiej się zmusić do jego nauczenia. Ja pracując przez agencję mogę być nieco bardziej leniwy, bo kwaterę i transport mam zapewnioną. Przyjeżdżam na miejsce i muszę po prostu chcieć iść do pracy, a jedyny kontakt z językiem to sklepy, gdzie w zasadzie nie trzeba się wcale odzywać. A sprawy typu zameldowanie w Szwajcarii załatwiałem z translatorem w telefonie. I to z niemałym stresem.
Do sieci kontaktów to myślę, że oprócz zwracania uwagi na ton głosu i small talk, trzeba się pokazywać w różnych miejscach i stwarzać sobie okazje. W weekend idę na Pyrkon w Poznaniu. 28-29 czerwca to Open'er, 1-2 lipca to CD-Action Expo we Wrocławiu (w gry może nie gram, ale mam sentyment do czasopisma, które kupowałem w latach 90.). Na Pyrkonie mam się spotkać z dziewczyną z Gdańska, którą poznałem wracając busem ze Szwajcarii. Jest zajarana cosplayem i przyjeżdża ze swoim strojem. Może nikogo na tych imprezach nie poznam, ale może przeciwnie. Trochę to kosztuje, ale jest okazja, to korzystam.
Warto sprawdzać grupy na Facebooku związane ze swoją okolicą. Sam byłem zaskoczony, ile różnych wydarzeń czy nawet kameralnych spotkań odbywa się w Poznaniu. Darmowy coworking, do którego chodzę po pracy, organizuje często seminaria na różne tematy dla młodych przedsiębiorców. Wstęp wolny. Tam też można złapać jakąś znajomość. Ostatnio widziałem wpisy grupy, która jeździ na zawody sportowe we freesbie. Nawet nie wiedziałem, że są takie zawody. Szukają nowych osób, które chciałyby trenować.
Moje znajomości wyrobione zagranicą też procentują. Dostaję oferty pracy. Jeżdżąc do obozu pracy nie idę już do najgorszych i najcięższych prac, tylko do tych lekkich i płatnych godzinowo, a nie akordowo. Nie są to znajomości, które mnie wywindują tam, gdzie bym chciał być, ale są i w pewnym sensie pomagają. Gdyby nie moje popieprzone planowanie, to przez 7 lat moich wyjazdów miałbym już ładną sumę odłożoną. Ba, od 4 lat jeżdżę do obozu. Gdybym był konsekwentny i siedział w obozie 3 miesiące, a pozostałe 9 miesięcy pracował w magazynie lub szklarni przez agencję (plus dwa razy po dwa tygodnie wolnego), to pewnie miałbym już z 300 tysięcy teraz. A gdybym w tym czasie już się czegoś uczył, to mógłbym teraz myśleć o podjęciu lepszej pracy w Polsce. No ale kierując się matką i moimi wyobrażeniami o tym, jak to zaraz zacznę dobrą pracę w Polsce, bo się podszkolę, wracałem do kraju i nie tylko nic nie zarabiałem, co jeszcze przewalałem odłożoną kasę. A reszta tych znajomych siedzi od kilku lat większość roku zagranicą i dziobie, a potem kupuje za to np. działki w Polsce. Umiejętność realnego planowania to chyba coś, do czego trzeba dorosnąć.
Do sieci kontaktów to myślę, że oprócz zwracania uwagi na ton głosu i small talk, trzeba się pokazywać w różnych miejscach i stwarzać sobie okazje. W weekend idę na Pyrkon w Poznaniu. 28-29 czerwca to Open'er, 1-2 lipca to CD-Action Expo we Wrocławiu (w gry może nie gram, ale mam sentyment do czasopisma, które kupowałem w latach 90.). Na Pyrkonie mam się spotkać z dziewczyną z Gdańska, którą poznałem wracając busem ze Szwajcarii. Jest zajarana cosplayem i przyjeżdża ze swoim strojem. Może nikogo na tych imprezach nie poznam, ale może przeciwnie. Trochę to kosztuje, ale jest okazja, to korzystam.
Warto sprawdzać grupy na Facebooku związane ze swoją okolicą. Sam byłem zaskoczony, ile różnych wydarzeń czy nawet kameralnych spotkań odbywa się w Poznaniu. Darmowy coworking, do którego chodzę po pracy, organizuje często seminaria na różne tematy dla młodych przedsiębiorców. Wstęp wolny. Tam też można złapać jakąś znajomość. Ostatnio widziałem wpisy grupy, która jeździ na zawody sportowe we freesbie. Nawet nie wiedziałem, że są takie zawody. Szukają nowych osób, które chciałyby trenować.
Moje znajomości wyrobione zagranicą też procentują. Dostaję oferty pracy. Jeżdżąc do obozu pracy nie idę już do najgorszych i najcięższych prac, tylko do tych lekkich i płatnych godzinowo, a nie akordowo. Nie są to znajomości, które mnie wywindują tam, gdzie bym chciał być, ale są i w pewnym sensie pomagają. Gdyby nie moje popieprzone planowanie, to przez 7 lat moich wyjazdów miałbym już ładną sumę odłożoną. Ba, od 4 lat jeżdżę do obozu. Gdybym był konsekwentny i siedział w obozie 3 miesiące, a pozostałe 9 miesięcy pracował w magazynie lub szklarni przez agencję (plus dwa razy po dwa tygodnie wolnego), to pewnie miałbym już z 300 tysięcy teraz. A gdybym w tym czasie już się czegoś uczył, to mógłbym teraz myśleć o podjęciu lepszej pracy w Polsce. No ale kierując się matką i moimi wyobrażeniami o tym, jak to zaraz zacznę dobrą pracę w Polsce, bo się podszkolę, wracałem do kraju i nie tylko nic nie zarabiałem, co jeszcze przewalałem odłożoną kasę. A reszta tych znajomych siedzi od kilku lat większość roku zagranicą i dziobie, a potem kupuje za to np. działki w Polsce. Umiejętność realnego planowania to chyba coś, do czego trzeba dorosnąć.



