06-05-2023, 10:31 PM
Opracowałem sobie plan przebranżowienia się w kilku krokach i mniej więcej w okresie półtora do dwóch lat. Konsultowałem się z osobami z branży poznanymi na grupach fejsbukowych i discordowych. Ścieżka oparta na zdobywaniu kolejnych certyfikatów i ćwiczeniach na domowym labie. No i od miesiąca zacząłem tą ścieżką podążać. Przeglądam oferty pracy i patrzę, co jest wymagane. Rynek juniorów w zasadzie już nie istnieje i nikt ich nie zatrudnia, więc trzeba startować na mida. A żeby to zrobić, trzeba wykazać się wiedzą praktyczną zdobytą w ramach ćwiczeń we własnym laboratorium, które symulują sytuacje korporacyjne.
Dziś niespodziewanie przyszło do mnie pocztą zaproszenie do pracy w znanym i lubianym przeze mnie obozie pracy w Niemczech. 12 godzin dziennie, 7 dni w tygodniu. Wiosną nie mieli miejsca, więc jechałem na ślepo do Szwajcarii, teraz jak widać pamiętają o mnie, bo już się tam sprawdziłem. Matka oczywiście otworzyła pod moją nieobecność, bo coś takiego jak poszanowanie prywatności korespondencji jest nie do przyjęcia. I już zaraz pisała do mnie z pretensjami i żalem, że chcę wyjechać.
W sumie przez to faktycznie zacząłem się zastanawiać nad pewnym planem. Przez 3 miesiące zapierdolu w tym obozie jestem w stanie realnie odłożyć i przywieźć ok. 40k zł. Pod koniec września powrót, chwila odpoczynku i na przykład kolejny wyjazd przez agencję do mało wymagającej pracy na okres 9 miesięcy (od października do czewrca). Tam jestem w stanie odłożyć 9 x 4,5k zł, czyli zaokrąglając kolejne 40k zł. Potem znów na pole do obozu pracy na 3 miesiące i kolejne 40k zł. Potem już na stałe do Polski. Mówię o kasie, którą faktycznie można już przywieźć po odliczeniu kosztów, o ile żyje się skromnie. Cóż, z jednej strony nieco zaniżyłem kwoty możliwe do dołożenia, ale z drugiej strony nie brałem pod uwagę sytuacji losowych, które mnie wykluczą, typu choroba, kontuzja, przestoje w pracy, zmęczenie psychiczne. No ale istnieje pewna niezerowa szansa, że jak się ścisnę w sobie, to w ciągu roku i czterech miesięcy będę miał na koncie o 120 k zł więcej. No nawet powiedzmy, że 100 k zł. Mając teraz niecałe 60k zł odłożone łącznie miałbym całkiem ładną kwotę, która mogłaby być zabezpieczeniem pod mieszkanie. Nawet te 150 k zł to już ładne oszczędności.
Oczywiście praca zagranicą to jest rzecz, od której bardzo chcę uciec, więc z jednej strony kusi mnie kasa, ale z drugiej strony obawiam się znów wchodzenia w to piekiełko. Matka będzie smęcić, płakać i robić wszystko, żeby mnie ściągnąć jak najszybciej, więc musiałbym z tym walczyć. No i musiałbym też cały czas się uczyć, żeby nie przerwać tego planu, który chcę realizować. Tego się najbardziej boję w wyjazdach, bo trudno się uczyć, jak się mieszka w kilka osób, a praca codziennie po kilkanaście godzin też temu nie sprzyja. A tutaj naprawdę nie ma zmiłuj i musiałbym się uczyć i przyjeżdżać do Polski na zdawanie egzaminów pod certyfikaty. Boję się utraty konsystencji i zdolności do nauki, więc musiałbym jechać na wspomaganiu cały czas. Zobaczę, jak zadziałają na mnie zwiększone dawki piracetamu. No i na minus wyjazdu jest też to, że musiałbym zarzucić dodatkowe aktywności, które teraz mam. Zacząłem chodzić na basen, ze dwa razy w tygodniu jestem w kinie lub teatrze, a w każdą sobotę wieczorem chodzę na silent disco albo do normalnej dyskoteki. Nie wchodzę tam praktycznie w żadne interakcje, po prostu chcę wbić na parkiet i tańczyć. Poczucie własnych żenujących ruchów i tego, że inni się ze mnie śmieją, już minęło. Przesunęłaby sie też siłownia i treningi sztuk walki, które planuję po okresie rekonwalescencji po operacji. No ale certyfikaty kosztują, a tu oprócz ich opłacenia miałbym jeszcze co do odłożenia. Obecnie umowę o pracę podpisuję z miesiąca na miesiąc, więc tu problemu by nie było.
Matka też ostatnio mi smęci, czemu ja wciąż żony nie mam, przecież już czas najwyższy, inni moi rówieśnicy mają już nastoletnie dzieci itp. No ale dziewczyna musiałaby być zaakcepowana przez matkę, a jak ją znam, to w każdej będzie widziała jakąś wadę, która sprawi, że ta konkretna akurat nie jest dla mnie. Obecnie jej nawet ściemniam, że poznałem taką jedną Ukrainkę i dobrze się dogadujemy. Widzę, jak szuka dziury w całym i pretekstu, żebym tylko się z nią nie związał, mimo że oficjalnie mówi coś innego. Jak wyjadę, to będzie mi smęcić codziennie, że po co mi te pieniądze, jak tam zagranicą żony sobie przecież nie poznam. I tak się żyje powoli na tej wsi.
Wiem, że nikt mi tu w decyzjach nie pomoże i nie o to mi chodzi. Sam sobie rozpisuję wszystkie za i przeciw, to, że zostawiam to tutaj, to po prostu kwestia pamiętniczka i próby zebrania myśli. Choić i tak już zapisałem to ręcznie w moim notesie.
Dziś niespodziewanie przyszło do mnie pocztą zaproszenie do pracy w znanym i lubianym przeze mnie obozie pracy w Niemczech. 12 godzin dziennie, 7 dni w tygodniu. Wiosną nie mieli miejsca, więc jechałem na ślepo do Szwajcarii, teraz jak widać pamiętają o mnie, bo już się tam sprawdziłem. Matka oczywiście otworzyła pod moją nieobecność, bo coś takiego jak poszanowanie prywatności korespondencji jest nie do przyjęcia. I już zaraz pisała do mnie z pretensjami i żalem, że chcę wyjechać.
W sumie przez to faktycznie zacząłem się zastanawiać nad pewnym planem. Przez 3 miesiące zapierdolu w tym obozie jestem w stanie realnie odłożyć i przywieźć ok. 40k zł. Pod koniec września powrót, chwila odpoczynku i na przykład kolejny wyjazd przez agencję do mało wymagającej pracy na okres 9 miesięcy (od października do czewrca). Tam jestem w stanie odłożyć 9 x 4,5k zł, czyli zaokrąglając kolejne 40k zł. Potem znów na pole do obozu pracy na 3 miesiące i kolejne 40k zł. Potem już na stałe do Polski. Mówię o kasie, którą faktycznie można już przywieźć po odliczeniu kosztów, o ile żyje się skromnie. Cóż, z jednej strony nieco zaniżyłem kwoty możliwe do dołożenia, ale z drugiej strony nie brałem pod uwagę sytuacji losowych, które mnie wykluczą, typu choroba, kontuzja, przestoje w pracy, zmęczenie psychiczne. No ale istnieje pewna niezerowa szansa, że jak się ścisnę w sobie, to w ciągu roku i czterech miesięcy będę miał na koncie o 120 k zł więcej. No nawet powiedzmy, że 100 k zł. Mając teraz niecałe 60k zł odłożone łącznie miałbym całkiem ładną kwotę, która mogłaby być zabezpieczeniem pod mieszkanie. Nawet te 150 k zł to już ładne oszczędności.
Oczywiście praca zagranicą to jest rzecz, od której bardzo chcę uciec, więc z jednej strony kusi mnie kasa, ale z drugiej strony obawiam się znów wchodzenia w to piekiełko. Matka będzie smęcić, płakać i robić wszystko, żeby mnie ściągnąć jak najszybciej, więc musiałbym z tym walczyć. No i musiałbym też cały czas się uczyć, żeby nie przerwać tego planu, który chcę realizować. Tego się najbardziej boję w wyjazdach, bo trudno się uczyć, jak się mieszka w kilka osób, a praca codziennie po kilkanaście godzin też temu nie sprzyja. A tutaj naprawdę nie ma zmiłuj i musiałbym się uczyć i przyjeżdżać do Polski na zdawanie egzaminów pod certyfikaty. Boję się utraty konsystencji i zdolności do nauki, więc musiałbym jechać na wspomaganiu cały czas. Zobaczę, jak zadziałają na mnie zwiększone dawki piracetamu. No i na minus wyjazdu jest też to, że musiałbym zarzucić dodatkowe aktywności, które teraz mam. Zacząłem chodzić na basen, ze dwa razy w tygodniu jestem w kinie lub teatrze, a w każdą sobotę wieczorem chodzę na silent disco albo do normalnej dyskoteki. Nie wchodzę tam praktycznie w żadne interakcje, po prostu chcę wbić na parkiet i tańczyć. Poczucie własnych żenujących ruchów i tego, że inni się ze mnie śmieją, już minęło. Przesunęłaby sie też siłownia i treningi sztuk walki, które planuję po okresie rekonwalescencji po operacji. No ale certyfikaty kosztują, a tu oprócz ich opłacenia miałbym jeszcze co do odłożenia. Obecnie umowę o pracę podpisuję z miesiąca na miesiąc, więc tu problemu by nie było.
Matka też ostatnio mi smęci, czemu ja wciąż żony nie mam, przecież już czas najwyższy, inni moi rówieśnicy mają już nastoletnie dzieci itp. No ale dziewczyna musiałaby być zaakcepowana przez matkę, a jak ją znam, to w każdej będzie widziała jakąś wadę, która sprawi, że ta konkretna akurat nie jest dla mnie. Obecnie jej nawet ściemniam, że poznałem taką jedną Ukrainkę i dobrze się dogadujemy. Widzę, jak szuka dziury w całym i pretekstu, żebym tylko się z nią nie związał, mimo że oficjalnie mówi coś innego. Jak wyjadę, to będzie mi smęcić codziennie, że po co mi te pieniądze, jak tam zagranicą żony sobie przecież nie poznam. I tak się żyje powoli na tej wsi.
Wiem, że nikt mi tu w decyzjach nie pomoże i nie o to mi chodzi. Sam sobie rozpisuję wszystkie za i przeciw, to, że zostawiam to tutaj, to po prostu kwestia pamiętniczka i próby zebrania myśli. Choić i tak już zapisałem to ręcznie w moim notesie.



