04-28-2023, 10:51 PM
Trochę amfetaminy i "ego depletion" można pokonać.
Wszystkiego na raz się nie zrobi, ale można sobie zaplanować jakiś weekend na wypad do innego miasta, przekimać się w tanim motelu, albo nawet całą noc łazić (jak jestem w podróży, to przechodzę w tryb ekonomiczny - mało jem, mało sikam i nie chce mi się spać).
Kilkanaście lat temu zdarzały mi się wypady np. do aquaparku i sauny w Łodzi w sobotę rano, potem cały dzień i cała noc łażenia po mieście i w niedzielę popołudniu powrót. W 2010 pojechałem pociągiem do Władysławowa. Miało być na jeden dzień, ale na miejscu kupiłem po taniości bilet na jakieś techno beach party w Gdyni na drugi dzień, więc przespałem się na ręczniku na plaży we Władysławowie, rano pojechałem do Sopotu połazić, potem na tę imprezę i o 5 rano znów gdzieś na wydmy się przespać. Spontaniczne wypady były dla mnie super, a przede wszystkim żył jeszcze wtedy mój ojciec, a jego plusem było to, że trzymał w ryzach nadopiekuńczość matki i odwracał jej uwagę ode mnie.
Miałem też okres parę lat temu, że chodziłem zupełnie sam do klubów (Pacha w Poznaniu robi najlepsze imprezy w Wielkopolsce). Jak na biedaka przystało nachlałem się czymś tanim wcześniej, żeby w klubie nie płacić, a być nieco znieczulonym i jazda na parkiet. Nie obchodziło mnie podrywanie, zagadywanie itp, tylko żeby się wyszaleć przy muzyce. A to też musiałem się przełamać, bo oczywiście miałem wrażenie, że ruszam się jak paralityk i wszyscy się ze mnie śmieją. A to gunwo prawda. I chciałbym kiedyś wbić do najlepszych vipowskich klubów w Warszawie i Berlinie.
W grupie ludzi potrafię się czasem przełączyć na obserwatora, więc nie zawsze odczuwam ten stres związany z wykluczeniem. Bardziej to odczuwam w przypadku spotkania z grupą towarzyską, w której powinienem być traktowany jako część tej grupy, czyli właśnie spotkanie u kogoś na Sylwestrze czy na grillu, albo tak jak Ty miałeś budując pewną komunę. W grupie z przewodnikiem, gdzie mogą przyjść dowolni ludzie, raczej bym czuł się swobodnie. Jestem z nimi, bo chcę coś ciekawego na mieście zobaczyć i posłuchać przewodnika. Największy stres czułbym w momencie przyjścia na miejsce i pierwszego zapoznania się. Ale, jak już mówiłem, zrozumiałem, że te stresy odczuwać będę i one całkiem nigdy nie znikną, więc muszę im stawiać czoła. Nie chcę już sobie pozwalać na kroki wstecz. A jak patrzę na fejsie, ile ciekawych rzeczy się dzieje w takim choćby Poznaniu - wystawy, teatr, opera, balet, filharmonia, koncerty - to można nawet codziennie wieczorem gdzieś wyjść. Albo chociaż co weekend, zamiast siedzieć i patrzeć się w ekran. Na poniedziałek mam już bilet na spektakl kupiony. Nigdy w tym konkretnym teatrze nie byłem. Znów konfrontacja z nowym miejscem.
No i też rozumiem, że to nie jest dobra porada dla osób właśnie z agorafobią, którzy mogą się bardzo bać podróżny, nieznanym miejsc i dużych skupisk ludzi. Ja tego nie mam, wśród ludzi czuję się dobrze. Moje obawy to ośmieszenie się. I udaje się to zdusić na tyle, że nie powoduje tak silnych reakcji, jak te kilka lat temu u mnie na rozmowach o pracę.
Wszystkiego na raz się nie zrobi, ale można sobie zaplanować jakiś weekend na wypad do innego miasta, przekimać się w tanim motelu, albo nawet całą noc łazić (jak jestem w podróży, to przechodzę w tryb ekonomiczny - mało jem, mało sikam i nie chce mi się spać).
Kilkanaście lat temu zdarzały mi się wypady np. do aquaparku i sauny w Łodzi w sobotę rano, potem cały dzień i cała noc łażenia po mieście i w niedzielę popołudniu powrót. W 2010 pojechałem pociągiem do Władysławowa. Miało być na jeden dzień, ale na miejscu kupiłem po taniości bilet na jakieś techno beach party w Gdyni na drugi dzień, więc przespałem się na ręczniku na plaży we Władysławowie, rano pojechałem do Sopotu połazić, potem na tę imprezę i o 5 rano znów gdzieś na wydmy się przespać. Spontaniczne wypady były dla mnie super, a przede wszystkim żył jeszcze wtedy mój ojciec, a jego plusem było to, że trzymał w ryzach nadopiekuńczość matki i odwracał jej uwagę ode mnie.
Miałem też okres parę lat temu, że chodziłem zupełnie sam do klubów (Pacha w Poznaniu robi najlepsze imprezy w Wielkopolsce). Jak na biedaka przystało nachlałem się czymś tanim wcześniej, żeby w klubie nie płacić, a być nieco znieczulonym i jazda na parkiet. Nie obchodziło mnie podrywanie, zagadywanie itp, tylko żeby się wyszaleć przy muzyce. A to też musiałem się przełamać, bo oczywiście miałem wrażenie, że ruszam się jak paralityk i wszyscy się ze mnie śmieją. A to gunwo prawda. I chciałbym kiedyś wbić do najlepszych vipowskich klubów w Warszawie i Berlinie.
W grupie ludzi potrafię się czasem przełączyć na obserwatora, więc nie zawsze odczuwam ten stres związany z wykluczeniem. Bardziej to odczuwam w przypadku spotkania z grupą towarzyską, w której powinienem być traktowany jako część tej grupy, czyli właśnie spotkanie u kogoś na Sylwestrze czy na grillu, albo tak jak Ty miałeś budując pewną komunę. W grupie z przewodnikiem, gdzie mogą przyjść dowolni ludzie, raczej bym czuł się swobodnie. Jestem z nimi, bo chcę coś ciekawego na mieście zobaczyć i posłuchać przewodnika. Największy stres czułbym w momencie przyjścia na miejsce i pierwszego zapoznania się. Ale, jak już mówiłem, zrozumiałem, że te stresy odczuwać będę i one całkiem nigdy nie znikną, więc muszę im stawiać czoła. Nie chcę już sobie pozwalać na kroki wstecz. A jak patrzę na fejsie, ile ciekawych rzeczy się dzieje w takim choćby Poznaniu - wystawy, teatr, opera, balet, filharmonia, koncerty - to można nawet codziennie wieczorem gdzieś wyjść. Albo chociaż co weekend, zamiast siedzieć i patrzeć się w ekran. Na poniedziałek mam już bilet na spektakl kupiony. Nigdy w tym konkretnym teatrze nie byłem. Znów konfrontacja z nowym miejscem.
No i też rozumiem, że to nie jest dobra porada dla osób właśnie z agorafobią, którzy mogą się bardzo bać podróżny, nieznanym miejsc i dużych skupisk ludzi. Ja tego nie mam, wśród ludzi czuję się dobrze. Moje obawy to ośmieszenie się. I udaje się to zdusić na tyle, że nie powoduje tak silnych reakcji, jak te kilka lat temu u mnie na rozmowach o pracę.



