No terapeutą nie jestem, więc mówię, co mi się wydaje. A wydaje mi się czasem, że małe kroki rozwlekają rozwiązanie problemu. Robię małe kroki w różnych kierunkach od 20 lat i w sumie nigdzie nie zaszedłem. A w miesiąc przekonałem się, że nic nie muszę, że wcale nie jest źle i jestem w pozycji, w której bez żadnych zobowiązań mogę wszystko i mam czas, żeby próbować różne rzeczy i popełniać błędy mając świadomość, że kasę zawsze można odrobić w kilka miesięcy choćby zagranicą, że zawsze jest dobre ostateczne rozwiązanie w postaci samobójstwa. A fobia społeczna jest nadal we mnie turbo mocna i chocbym miał się, zacinać, trząść i zerzygać i zemdleć, to będę próbował. Na cringe, który mnie potem może dopadać, działa zapisywanie cringowych sytuacji na papierze, wyśmianie samego siebie i potem podarcie albo spalenie kartki. Serio, odkryłem to niedawno. Rozwiązany problem? Rozwiązany. Odhaczone, idę dalej. Jakbym miał ten problem mielić przez lata, to bym ocipiał z wkurwienia i stresu. Gdy załatwiałem sobie w szwajcarskim urzędzie zameldowanie i pozwolenie o pracę, cały się trząsłem i nie mogłem się wysłowić po polsku do translatora, bo mi się gardło zaciskało. No ale powiedziałem sobie, że załatwię to chocbym miał tam zejść na zawał. I załatwiłem. Potem dokładnie opisałem całą tę żenującą sytuację, ciśnienie wstydu ze mnie zeszło, zaśmiałem się i już mnie to nie męczy. W piątek idę jeszcze raz się wymeldować. Pewnie będę się czuł tak samo źle, ale załatwię to. Journaling is the new king.
Nie sądzę, żeby agorafobia bardo dużo się różniła od fobii społecznej pod względem intensywności negatywnych uczuć. Zresztą bez sensu jest się zastanawiać, kto się czuje gorzej w trakcie ataków. Agorafobię postrzegam więc jako "zwykły" lęk, bo raczej nie jest to ból fizyczny. Czy powolne pracowanie nad tym nie rozciągnie problemu na kolejne lata? No i świadomość tego, że się ciągle jest chorym, ciągle się jest w trakcie leczenia. Że ciągle wszyscy się muszą że mną cackać i obchodzić jak z jajkiem. To by było dobiające. Lepiej jak najszybciej sobie w głowie poukładać i wmówić, że się jest zdrowym. Niech placebo robi swoje.
No ale może lepiej, że ja nie jestem terapeutą.
Wszystkim bym zalecał samobója. :-)
Nie sądzę, żeby agorafobia bardo dużo się różniła od fobii społecznej pod względem intensywności negatywnych uczuć. Zresztą bez sensu jest się zastanawiać, kto się czuje gorzej w trakcie ataków. Agorafobię postrzegam więc jako "zwykły" lęk, bo raczej nie jest to ból fizyczny. Czy powolne pracowanie nad tym nie rozciągnie problemu na kolejne lata? No i świadomość tego, że się ciągle jest chorym, ciągle się jest w trakcie leczenia. Że ciągle wszyscy się muszą że mną cackać i obchodzić jak z jajkiem. To by było dobiające. Lepiej jak najszybciej sobie w głowie poukładać i wmówić, że się jest zdrowym. Niech placebo robi swoje.
No ale może lepiej, że ja nie jestem terapeutą.
Wszystkim bym zalecał samobója. :-)



