Masz zdrowe podejście do tematu, dzięki za podzielenie się obszerną wiedzą. Na błędy początkującego nie mogę sobie jeszcze pozwolić, ale za jakiś czas spojrzę na to dokładniej, choćby i na sucho. Bo na razie nie wiem nawet, jak można mieć dźwignię aż 1:10 czy 1:20.
Dziś mamy wolne w pracy i to właśnie dziś odczułem pierwsze oznaki zmęczenia. Spałem 12 godzin, a po obudzeniu i tak leżę w łóżku, bo wszystkie mięśnie mnie bolą. Brygadziści oczywiście straszą, że jak ktoś rzuci pracę i wyjedzie wcześniej niż w październiku, to trafi na czarną listę i już nigdy nie będzie mógł tu przyjechać. Ale to blef, bo nie mają aż tak dużo chętnych, żeby mogli wszystkich zajeżdżać fizycznie, więc mam to w pompie.
Natomiast to, co mnie dziś poruszyło, to informacja, która obiegła hotel z rana. Dziś w nocy zmarł młody chłopak. Z przepracowania. Miał 22 lata, pracował jako kierowca i ładowacz. Woził wszystko na hale, na pola, do hurtowni. Wstawał o 3 w nocy, a kończył pracę o 22. Wczoraj przyszedł wyjątkowo wymęczony, było mu wciąż gorąco, więc wyszedł w nocy na parking do swojego samochodu. Rano go znaleźli martwego. W samochodzie służbowym i własnym miał mnóstwo puszek po energetykach, bo chlał je na potęgę razem z kawą. Cisnął ile wlezie godzin, żeby jak najwięcej zarobić. Nie wiem, może miał jakąś wadę serca, o której sam nie wiedział i od wysiłku i energetyków w końcu padł. To już w sumie trzeci zgon w pracy, który widzę podczas pobytu zagranicą. I to zawsze wywołuje u mnie refleksję, czy warto dalej tak się męczyć i ryzykować wszystko dla pieniędzy.
Zastanawiam się, co dokładnie zrobić ze sobą potem w Polsce. Do jakiej pracy iść. Będę musiał kłamać w CV. Wcześniej myślałem, żeby wynająć sobie cokolwiek i nie wracać do matki, ale wydaje mi się, że mam lepsze rozwiązanie. Mam 80 km do Poznania, więc zamiast się wyprowadzać i płacić od razu za wynajem, będę dojeżdżał. 50 minut pociągiem, kilkanaście połączeń dziennie w obie strony, bilet miesięczny 400 zł. Matka nie będzie mi płakać, że się wyniosłem na stałe, a ja sobie rano wyjadę i późnym popołudniem albo wieczorem wrócę. I nikt mi nie będzie narzucał, co i ile mam jeść, gdzie chodzić itp. Będę wracał tylko spać. A z czasem, jak się ogarnę trochę, to wtedy mogę coś sobie wynająć. Poznań ma najniższe bezrobocie w Polsce, więc coś powinienem znaleźć, a po pracy mogę spróbować ogarnąć siłownię, może jakieś sztuki walki, rozrywkę, albo iść do biura coworkingowego z lapkiem i tam się uczyć (są w Poznaniu darmowe coworkingi, a jak się pracuje przy ludziach, to przynajmniej człowieka do porno nie ciągnie).
Jeszcze co do pobytu zagranicą, to pracowałem kiedyś też przez agencje w Niemczech i Holandii i poznałem tam ludzi, którzy żyją w ten sposób od wielu lat. Praca spokojniejsza, bo w magazynie po 8 godzin, zarobią te 1500 euro na czysto. Po pracy piwerko i film. Mam z niektórymi kontakt do dziś i często mnie namawiają, żebym też pojechał. Dla nich to jest idealne życie. A dla mnie to prędzej czy później prowadzi do depresji. Chłopy po 40-50 lat mieszkają po kilku w pokojach wynajmowanych przez agencję, które nie są zbyt dobrej jakości nigdy. Czasem z dnia na dzień przerzucają ich między firmami i między kwaterami, bo muszą być tam, gdzie ich potrzebują. Nie ma żadnej stabilności. Języka nie znają, więc nic więcej poza wyjściem na zakupy i na spacer nie zwiedzą. Dla mnie to jest wegetacja. Mogę tak żyć tylko przez jakiś czas mając z tyłu głowy cel, który chcę zrealizować i następnie powrót.
Zauważyłem, że ich wspólną cechą często jest to, że mają żony i dzieci w Polsce. Mam wrażenie, że te wyjazdy to są dla nich formą ucieczki od złych decyzji z młodzieńczych lat. Zrobili sobie dzieciaki, których nie chcieli z babą, którą nie kochają. Wyjeżdżając zagranicę mogą sobie żyć nadal jak kawalerowie, a jedyne, co im przypomina o rodzinie, to konieczność wysyłania kasy co miesiąc. Taka kara finansowa za błędy sprzed lat. Spotkałem w Holandii faceta, który od 19 lat jeździł pracować do tej samej szklarni. Siedział tam 10 miesięcy każdego roku, pozostałe spędzał w Polsce. Mówił, że ma córkę. Spytałem, ile córka ma lat. Okazało się, że 18. Czyli nie ma go w domu od czasu, jak córka skończyła rok. Czy w tej sytuacji można powiedzieć, że on uczestniczył w wychowaniu dziecka? Czy córka zna ojca? Czy może jest dla niej obojętny, albo kojarzy go tylko z kasą wysyłaną co miesiąc?
Takie to mnie dziś przemyślenia nachodzą. Nie mówię im o tym nigdy w twarz, ani nie daję po sobie poznać. Jest duże prawdopodobieństwo, że nigdy nie będę miał własnych dzieci, ale i tak nie chciałbym żyć, a raczej wegetować w ten sposób.
Dziś mamy wolne w pracy i to właśnie dziś odczułem pierwsze oznaki zmęczenia. Spałem 12 godzin, a po obudzeniu i tak leżę w łóżku, bo wszystkie mięśnie mnie bolą. Brygadziści oczywiście straszą, że jak ktoś rzuci pracę i wyjedzie wcześniej niż w październiku, to trafi na czarną listę i już nigdy nie będzie mógł tu przyjechać. Ale to blef, bo nie mają aż tak dużo chętnych, żeby mogli wszystkich zajeżdżać fizycznie, więc mam to w pompie.
Natomiast to, co mnie dziś poruszyło, to informacja, która obiegła hotel z rana. Dziś w nocy zmarł młody chłopak. Z przepracowania. Miał 22 lata, pracował jako kierowca i ładowacz. Woził wszystko na hale, na pola, do hurtowni. Wstawał o 3 w nocy, a kończył pracę o 22. Wczoraj przyszedł wyjątkowo wymęczony, było mu wciąż gorąco, więc wyszedł w nocy na parking do swojego samochodu. Rano go znaleźli martwego. W samochodzie służbowym i własnym miał mnóstwo puszek po energetykach, bo chlał je na potęgę razem z kawą. Cisnął ile wlezie godzin, żeby jak najwięcej zarobić. Nie wiem, może miał jakąś wadę serca, o której sam nie wiedział i od wysiłku i energetyków w końcu padł. To już w sumie trzeci zgon w pracy, który widzę podczas pobytu zagranicą. I to zawsze wywołuje u mnie refleksję, czy warto dalej tak się męczyć i ryzykować wszystko dla pieniędzy.
Zastanawiam się, co dokładnie zrobić ze sobą potem w Polsce. Do jakiej pracy iść. Będę musiał kłamać w CV. Wcześniej myślałem, żeby wynająć sobie cokolwiek i nie wracać do matki, ale wydaje mi się, że mam lepsze rozwiązanie. Mam 80 km do Poznania, więc zamiast się wyprowadzać i płacić od razu za wynajem, będę dojeżdżał. 50 minut pociągiem, kilkanaście połączeń dziennie w obie strony, bilet miesięczny 400 zł. Matka nie będzie mi płakać, że się wyniosłem na stałe, a ja sobie rano wyjadę i późnym popołudniem albo wieczorem wrócę. I nikt mi nie będzie narzucał, co i ile mam jeść, gdzie chodzić itp. Będę wracał tylko spać. A z czasem, jak się ogarnę trochę, to wtedy mogę coś sobie wynająć. Poznań ma najniższe bezrobocie w Polsce, więc coś powinienem znaleźć, a po pracy mogę spróbować ogarnąć siłownię, może jakieś sztuki walki, rozrywkę, albo iść do biura coworkingowego z lapkiem i tam się uczyć (są w Poznaniu darmowe coworkingi, a jak się pracuje przy ludziach, to przynajmniej człowieka do porno nie ciągnie).
Jeszcze co do pobytu zagranicą, to pracowałem kiedyś też przez agencje w Niemczech i Holandii i poznałem tam ludzi, którzy żyją w ten sposób od wielu lat. Praca spokojniejsza, bo w magazynie po 8 godzin, zarobią te 1500 euro na czysto. Po pracy piwerko i film. Mam z niektórymi kontakt do dziś i często mnie namawiają, żebym też pojechał. Dla nich to jest idealne życie. A dla mnie to prędzej czy później prowadzi do depresji. Chłopy po 40-50 lat mieszkają po kilku w pokojach wynajmowanych przez agencję, które nie są zbyt dobrej jakości nigdy. Czasem z dnia na dzień przerzucają ich między firmami i między kwaterami, bo muszą być tam, gdzie ich potrzebują. Nie ma żadnej stabilności. Języka nie znają, więc nic więcej poza wyjściem na zakupy i na spacer nie zwiedzą. Dla mnie to jest wegetacja. Mogę tak żyć tylko przez jakiś czas mając z tyłu głowy cel, który chcę zrealizować i następnie powrót.
Zauważyłem, że ich wspólną cechą często jest to, że mają żony i dzieci w Polsce. Mam wrażenie, że te wyjazdy to są dla nich formą ucieczki od złych decyzji z młodzieńczych lat. Zrobili sobie dzieciaki, których nie chcieli z babą, którą nie kochają. Wyjeżdżając zagranicę mogą sobie żyć nadal jak kawalerowie, a jedyne, co im przypomina o rodzinie, to konieczność wysyłania kasy co miesiąc. Taka kara finansowa za błędy sprzed lat. Spotkałem w Holandii faceta, który od 19 lat jeździł pracować do tej samej szklarni. Siedział tam 10 miesięcy każdego roku, pozostałe spędzał w Polsce. Mówił, że ma córkę. Spytałem, ile córka ma lat. Okazało się, że 18. Czyli nie ma go w domu od czasu, jak córka skończyła rok. Czy w tej sytuacji można powiedzieć, że on uczestniczył w wychowaniu dziecka? Czy córka zna ojca? Czy może jest dla niej obojętny, albo kojarzy go tylko z kasą wysyłaną co miesiąc?
Takie to mnie dziś przemyślenia nachodzą. Nie mówię im o tym nigdy w twarz, ani nie daję po sobie poznać. Jest duże prawdopodobieństwo, że nigdy nie będę miał własnych dzieci, ale i tak nie chciałbym żyć, a raczej wegetować w ten sposób.



