I w sumie jeszcze jedno dopiszę. Przez pracę robię teraz 50 tysięcy kroków dziennie przez łażenie po polach i cały czas jestem na powietrzu oraz wśród ludzi. Akurat tutaj sama patologia, ale już samo to, że się nie jest samemu i ciągle ma się coś do roboty sprawia, że nie myśli się o pornografii, czy ogólnie o marnowaniu czasu przez komputerem i telefonem. Choć syndrom odstawienia jest i poczucie nagrody, gdy się wraca z pracy i wchodzi do sieci.
To cholerne uzależnienie od Internetu jest faktem. Po jaki czort mam kilka tysięcy stron dodanych przez lata do ulubionych w przeglądarce, jak nawet nie pamiętam, co tam jest? Po co dziesiątki obserwowanych kont na Instagramie? Dlaczego tyle kanałów śledzę na YT?
W gry w ogóle nie gram od dawna, więc chociaż to odpada, ale za to oglądam ciągle te z czasów młodości na YT. Z Wykopu zrezygnowałem lata temu i dziś już mnie w ogóle tam nie ciągnie.
Właśnie poleciał do kosza cały Instragram, wszystkie suby na YT wyczyszczone, bo co ciekawsze kanały i tak pamiętam. Strasznie ciężko było to usuwać, trochę się czułem jak patologiczni zbieracze, którzy mają śmietnik w domu i nie są w stanie niczego wyrzucić, bo na pewno się kiedyś przyda. Pewnie któraś z tysięcy stron w mojej przeglądarce mogła być ważna, ale jak będzie kiedyś faktycznie potrzebna, to ją na bieżąco sobie znajdę. To wszystko to jest głównie marnowanie czasu i chwilowy narkotyk, bo na drugi dzień i tak nie pamiętam, co oglądałem.
Kiedyś internet był dla mnie ucieczką od problemów dorosłego życia. Teraz sam stał się problemem. Żyję przez to tym, co w sieci przeczytam lub obejrzę, od dziwnego pomysłu do innego dziwnego pomysłu. Wszystko odbywa się w mojej głowie, a na zewnątrz jest pustka.
Muszę znów nauczyć się traktować internet jak zbiór narzędzi, które odpala się wtedy, gdy potrzeba, a nie w każdej wolnej chwili. Bycie całkiem "off the grid" nie jest dziś możliwe, ale odcięcie się od clickbaitowych newsów, dram i toksycznych społeczności powinno dać się zrobić. Jeden film na YT raz na parę dni? Wystarczy. Zamiast jakiegoś streamingu już chyba wolałbym kartę Unlimited w Cinema City, żeby chodzić do woli na filmy. Może i poza Johnem Wickiem nie ma teraz nic ciekawego w kinie (i przeważnie w kinach mało ciekawych rzeczy leci - albo bajki, albo polskie komedie), ale obejrzenie filmu w kinie wymaga jednak ruszenia dupy z domu, umycia się, ubrania, świadomego wyboru filmu, jakiejś interakcji z ludźmi na kasie albo i na sali. Pamiętam, jak kiedyś ważnym wydarzeniem było wyjście do kina. Teraz wszystko zobojętniało. Teatr, opera, wystawy itp. mogłyby być dobrą odtrutką, ale tu już trzeba się nastawiać na większe koszty.
Po przeciwnym biegunie jest jedynie to, że nie wiedząc, co się dzieje w sieci, można się stać boomerem. A czytanie prasy nie jest tutaj alternatywą, bo prasa ledwo żyje i poza politycznymi gazetami nic specjalnie nie zostało. Technologicznych czasopism już prawie nie ma, chyba tylko CD-Action zostało. Czytam czasem pirackiego The Economista, ale angielski jest tam dość zaawansowany i często mnie męczy koncentrowanie się na tekstach, no i czytam to na komputerze, więc zawsze gdzieś mi uwaga ucieka na bzdety.
Nie wiem, jak to możliwe, że nadal mam dobry wzrok mimo tysięcy godzin przez ekranem.
To cholerne uzależnienie od Internetu jest faktem. Po jaki czort mam kilka tysięcy stron dodanych przez lata do ulubionych w przeglądarce, jak nawet nie pamiętam, co tam jest? Po co dziesiątki obserwowanych kont na Instagramie? Dlaczego tyle kanałów śledzę na YT?
W gry w ogóle nie gram od dawna, więc chociaż to odpada, ale za to oglądam ciągle te z czasów młodości na YT. Z Wykopu zrezygnowałem lata temu i dziś już mnie w ogóle tam nie ciągnie.
Właśnie poleciał do kosza cały Instragram, wszystkie suby na YT wyczyszczone, bo co ciekawsze kanały i tak pamiętam. Strasznie ciężko było to usuwać, trochę się czułem jak patologiczni zbieracze, którzy mają śmietnik w domu i nie są w stanie niczego wyrzucić, bo na pewno się kiedyś przyda. Pewnie któraś z tysięcy stron w mojej przeglądarce mogła być ważna, ale jak będzie kiedyś faktycznie potrzebna, to ją na bieżąco sobie znajdę. To wszystko to jest głównie marnowanie czasu i chwilowy narkotyk, bo na drugi dzień i tak nie pamiętam, co oglądałem.
Kiedyś internet był dla mnie ucieczką od problemów dorosłego życia. Teraz sam stał się problemem. Żyję przez to tym, co w sieci przeczytam lub obejrzę, od dziwnego pomysłu do innego dziwnego pomysłu. Wszystko odbywa się w mojej głowie, a na zewnątrz jest pustka.
Muszę znów nauczyć się traktować internet jak zbiór narzędzi, które odpala się wtedy, gdy potrzeba, a nie w każdej wolnej chwili. Bycie całkiem "off the grid" nie jest dziś możliwe, ale odcięcie się od clickbaitowych newsów, dram i toksycznych społeczności powinno dać się zrobić. Jeden film na YT raz na parę dni? Wystarczy. Zamiast jakiegoś streamingu już chyba wolałbym kartę Unlimited w Cinema City, żeby chodzić do woli na filmy. Może i poza Johnem Wickiem nie ma teraz nic ciekawego w kinie (i przeważnie w kinach mało ciekawych rzeczy leci - albo bajki, albo polskie komedie), ale obejrzenie filmu w kinie wymaga jednak ruszenia dupy z domu, umycia się, ubrania, świadomego wyboru filmu, jakiejś interakcji z ludźmi na kasie albo i na sali. Pamiętam, jak kiedyś ważnym wydarzeniem było wyjście do kina. Teraz wszystko zobojętniało. Teatr, opera, wystawy itp. mogłyby być dobrą odtrutką, ale tu już trzeba się nastawiać na większe koszty.
Po przeciwnym biegunie jest jedynie to, że nie wiedząc, co się dzieje w sieci, można się stać boomerem. A czytanie prasy nie jest tutaj alternatywą, bo prasa ledwo żyje i poza politycznymi gazetami nic specjalnie nie zostało. Technologicznych czasopism już prawie nie ma, chyba tylko CD-Action zostało. Czytam czasem pirackiego The Economista, ale angielski jest tam dość zaawansowany i często mnie męczy koncentrowanie się na tekstach, no i czytam to na komputerze, więc zawsze gdzieś mi uwaga ucieka na bzdety.
Nie wiem, jak to możliwe, że nadal mam dobry wzrok mimo tysięcy godzin przez ekranem.



