Samochód nie jest mi w zasadzie potrzebny, nie miałem akurat problemu z agorafobią, jak Ty, dlatego nawet się nie rozglądam, ani nie orientuję kompletnie w temacie samochodów. Rzecz w tym, że im dłużej nie jeżdżę, tym trudniej będzie później zacząć. Jak jeździsz od wielu lat, to jest to dla Ciebie łatwe. Ja prawko zrobiłem dopiero 4 lata temu. Zawsze mi się wydawało, że nie dam sobie rady, ale poszło gładko i zdałem za pierwszym razem. Od tamtego czasu nie jeździłem, jedynie dwa razy wypożyczałem na weekend auto w carsharingu miesiąc po egzaminie. Prędzej czy później muszę mieć coś swojego, żeby po prostu się wprawić. Inaczej się nie da.
Rozumiem, że duże kroki są ciężkie i można się wywrócić. Ale trzeba to wypośrodkować i nie być zbyt powolnym, bo życie ucieka i po prostu można zostać tak bardzo z tyłu, że się już nie nadrobi. Nie wydaje mi się, żeby po czterdziestce ot tak łatwo można było się nauczyć nowego zawodu, czy opanować perfekcyjnie język. Pewnie można, ale jest to trudniejsze. Więc gdzieś tam z tyłu głowy mam przeczucie, że trzeba przyspieszyć, żeby nie obudzić się z ręką w nocniku.
Mam 50 minut pociągiem do Poznania, mogę tam poszukać pracy i przez jakiś czas nawet dojeżdżać codziennie mieszkając u matki. Już kiedyś przez prawie rok tak pracowałem w magazynie Amazona, aż zaczęli zwalniać nadmiarową załogę. Nie była to praca marzeń, ale była. Brałem zresztą wszystkie możliwe nadgodziny. Tuż po studiach, jakieś 13 lat temu, gdy jeszcze żył mój ojciec i matka aż tak mnie nie osaczała, znalazłem pracę biurową w swojej branży, wyprowadziłem się do Warszawy, wynajmowałem pokój i wszystko szło dobrze, miałem jakiś plan kariery na dalsze lata. Półtora roku później ojciec ciężko zachorował, matka błagała mnie, żebym wrócił i pomógł w opiece. Rzuciłem wszystko, wróciłem, ojciec wkrótce zmarł i mam wrażenie, że od tego czasu zaczęła się moja stagnacja, a nawet regres. Po prostu zmarnowany czas. Do dziś żałuję, że odszedłem z tej firmy, bo ładnie się rozwinęła, a gość, którego przyuczałem na moje stanowisko, teraz jest jednym z wicedyrektorów z pensją taką, że mi gul skacze (ktoś zapomniał zmienić hasła dostępowe po moim odejściu i nadal mam dostęp do wszystkiego, w tym do danych finansowych).
Najtrudniej jest podjąć jakąś decyzję, wystartować, ale jak już ją podejmę, to z regularnością dużego problemu nie mam. Stres wynikający z fobii społecznej i mojej sytuacji oraz problemy z zapamiętywaniem utrudniają mi rozwinięcie się w pracy, ale to jeszcze jest do przeskoczenia. Wyjeżdżałem zagranicę najpierw żeby spłacić długi za leczenie ojca, potem żeby zbudować poduszkę finansową i odkładać na mieszkanie. Od kilku lat jeżdżę na parę miesięcy w roku do niemieckiej firmy Mahlmann Gemusebau, która produkuje warzywa. Tam przyjeżdżają setki ludzi z Polski i Rumunii. Pracuje sie po minimum 12 godzin dziennie na polach lub halach przez 7 dni w tygodniu. Obóz pracy. Rekordowo pracowałem tam 5 miesięcy bez ani jednego dnia przerwy. Mam już tam jakieś układy, więc do najcięższych prac nie trafiam, ale i tak nienawidzę tego miejsca, nienawidzę tych wszystkich ludzi i przeklinam w głowie, jak muszę tam wstać do pracy kolejnego dnia. Psychicznie to wykańcza, ale pozwala przywieźć sporą poduszkę finansową. Teraz tam jeszcze w tym roku nie przyjmują, dlatego znalazłem podobną firmę w Szwajcarii i chcę spróbować jeszcze nadbudować poduszkę.
Chodzi mi o to, że jak jestem do czegoś zmuszony, to widzę, że potrafię zdobyć się na odwagę, regularność i nawet zjednywanie sobie ludzi. To powroty do domu zawsze sprawiają, że się mentalnie i fizycznie rozleniwiam.
Skończyłem studia związane z energetyką, było trudno, ale dałem radę. Wtedy też programowałem bardzo dobrze, ogólnie w tematach IT dobrze się odnajdywałem. Wszystko się zaprzepaściło i teraz myślę, żeby do tego wrócić, póki mam czas. Dlatego uważam, że zbyt małe kroki mogą być niewystarczające. Ani za duże, ani za małe. Choć może faktycznie niektóre z rzeczy, które tu wymieniłem, to nieco za dużo na raz. Skoro kiedyś byłem zdolny robić różne rzeczy, to teraz muszę to w sobie ponownie obudzić. Do tego muszę pokonać przede wszystkim strach przed reakcją matki, uzależnienie od tej wygody, którą mam w domu, fobię społeczną i poprawić decyzyjność.
Rozumiem, że duże kroki są ciężkie i można się wywrócić. Ale trzeba to wypośrodkować i nie być zbyt powolnym, bo życie ucieka i po prostu można zostać tak bardzo z tyłu, że się już nie nadrobi. Nie wydaje mi się, żeby po czterdziestce ot tak łatwo można było się nauczyć nowego zawodu, czy opanować perfekcyjnie język. Pewnie można, ale jest to trudniejsze. Więc gdzieś tam z tyłu głowy mam przeczucie, że trzeba przyspieszyć, żeby nie obudzić się z ręką w nocniku.
Mam 50 minut pociągiem do Poznania, mogę tam poszukać pracy i przez jakiś czas nawet dojeżdżać codziennie mieszkając u matki. Już kiedyś przez prawie rok tak pracowałem w magazynie Amazona, aż zaczęli zwalniać nadmiarową załogę. Nie była to praca marzeń, ale była. Brałem zresztą wszystkie możliwe nadgodziny. Tuż po studiach, jakieś 13 lat temu, gdy jeszcze żył mój ojciec i matka aż tak mnie nie osaczała, znalazłem pracę biurową w swojej branży, wyprowadziłem się do Warszawy, wynajmowałem pokój i wszystko szło dobrze, miałem jakiś plan kariery na dalsze lata. Półtora roku później ojciec ciężko zachorował, matka błagała mnie, żebym wrócił i pomógł w opiece. Rzuciłem wszystko, wróciłem, ojciec wkrótce zmarł i mam wrażenie, że od tego czasu zaczęła się moja stagnacja, a nawet regres. Po prostu zmarnowany czas. Do dziś żałuję, że odszedłem z tej firmy, bo ładnie się rozwinęła, a gość, którego przyuczałem na moje stanowisko, teraz jest jednym z wicedyrektorów z pensją taką, że mi gul skacze (ktoś zapomniał zmienić hasła dostępowe po moim odejściu i nadal mam dostęp do wszystkiego, w tym do danych finansowych).
Najtrudniej jest podjąć jakąś decyzję, wystartować, ale jak już ją podejmę, to z regularnością dużego problemu nie mam. Stres wynikający z fobii społecznej i mojej sytuacji oraz problemy z zapamiętywaniem utrudniają mi rozwinięcie się w pracy, ale to jeszcze jest do przeskoczenia. Wyjeżdżałem zagranicę najpierw żeby spłacić długi za leczenie ojca, potem żeby zbudować poduszkę finansową i odkładać na mieszkanie. Od kilku lat jeżdżę na parę miesięcy w roku do niemieckiej firmy Mahlmann Gemusebau, która produkuje warzywa. Tam przyjeżdżają setki ludzi z Polski i Rumunii. Pracuje sie po minimum 12 godzin dziennie na polach lub halach przez 7 dni w tygodniu. Obóz pracy. Rekordowo pracowałem tam 5 miesięcy bez ani jednego dnia przerwy. Mam już tam jakieś układy, więc do najcięższych prac nie trafiam, ale i tak nienawidzę tego miejsca, nienawidzę tych wszystkich ludzi i przeklinam w głowie, jak muszę tam wstać do pracy kolejnego dnia. Psychicznie to wykańcza, ale pozwala przywieźć sporą poduszkę finansową. Teraz tam jeszcze w tym roku nie przyjmują, dlatego znalazłem podobną firmę w Szwajcarii i chcę spróbować jeszcze nadbudować poduszkę.
Chodzi mi o to, że jak jestem do czegoś zmuszony, to widzę, że potrafię zdobyć się na odwagę, regularność i nawet zjednywanie sobie ludzi. To powroty do domu zawsze sprawiają, że się mentalnie i fizycznie rozleniwiam.
Skończyłem studia związane z energetyką, było trudno, ale dałem radę. Wtedy też programowałem bardzo dobrze, ogólnie w tematach IT dobrze się odnajdywałem. Wszystko się zaprzepaściło i teraz myślę, żeby do tego wrócić, póki mam czas. Dlatego uważam, że zbyt małe kroki mogą być niewystarczające. Ani za duże, ani za małe. Choć może faktycznie niektóre z rzeczy, które tu wymieniłem, to nieco za dużo na raz. Skoro kiedyś byłem zdolny robić różne rzeczy, to teraz muszę to w sobie ponownie obudzić. Do tego muszę pokonać przede wszystkim strach przed reakcją matki, uzależnienie od tej wygody, którą mam w domu, fobię społeczną i poprawić decyzyjność.



