Rozmawiałem z nią kiedyś o zwierzaku. Ani pies, ani kot nie wchodzą w grę. Stanowczo nie chce. Nigdy w domu nie mieliśmy, jest nieprzyzwyczajona. Dla mnie dobrze by było, gdyby nawet poznała jakiegoś przyjaciela albo częściej spotykała się z dawnymi koleżankami z pracy i z sąsiadkami, ale to też jest mało prawdopodobne. Pogada na ulicy, ale nic więcej nie chce, bo mówi, że ma mnie. Więc tego nie przeskoczę.
A pieseła masz fajnego.
Może kiedyś, jeśli będę już mieszkał na swoim i jakoś mi się życie ustabilizuje, to przygarnę kota. Ale musiałbym najpierw pokonać swoje przekonanie, że od kota w domu śmierdzi. 
Dziś byłem sam w domu przez jakiś czas, więc zmusiłem się do zadzwonienia do polskiej rekruterki w sprawie dogadania szczegółów pracy w Szwajcarii. Miałem wrażenie, że ona też była trochę zestresowana rozmową, przez co to ja poczułem się pewnie, obniżyłem głos i wszystko poszło bardzo sprawnie. Kiedyś sobie wymyśliłem sposób, który może pomagać w rozmowie przez telefon. Staram się wyobrazić sobie, że osoba, z którą mam rozmawiać, tak samo boi się telefonów i to właśnie moim zadaniem jest poprowadzić rozmowę tak, żeby tamtą osobę uspokoić. Sam rzadko kiedy stosuję się do tego, ale myślę, że warto próbować.
A więc teoretycznie mam już dogadane rozpoczęcie pracy w zupełnie obcym dla mnie kraju od 3 kwietnia. W razie czego zrobiłem też overbooking i zgłosiłem się do dawnej pracy w Niemczech od 10 kwietnia. Co roku sobie powtarzam, że już ostatni raz wyjeżdżam i na tym się skończy, ale kusi mnie, żeby jeszcze te parę miesięcy pomęczyć się z patusami i przywieźć kilkadziesiąt tysięcy. Byłem dziś na spacerze i wszystko we mnie krzyczy, żeby się wycofać. Stres rozwala mi głowę. Zawsze tak mam. Matka byłaby przerażona, ale ostatecznie by się przyzwyczaiła. Jak zawsze. Nie wiem, czy nie wrócę od razu z podkulonym ogonem i tylko stracę pieniądze, no ale kusi, żeby spróbować.
Musiałbym ogarnąć jeszcze trochę rzeczy do czasu wyjazdu - transport busem, ciuchy robocze, roaming, żeby nie zbankrutować przez chore stawki w Szwajcarii, a wcześniej odwiedzić stomatologa. Studia IT musiałbym wtedy przerwać, bo nie dam rady być nawet zdalnie na zajęciach. Zresztą nie jestem do nich w pełni przekonany. Jakbym je skończył, będę już po czterdziestce i konkurował na rynku jako junior z ludźmi o połowę młodszymi. A same studia jakością niestety nie grzeszą zawalając czas gównoprzedmiotami w ogóle nie związanymi z IT.
Zgłosiłem się za to dzisiaj do gościa, który organizuje roczne szkolenie IT z "gwarancją pracy". Cena spora, no i nie mam pewności, czy bym podołał jednocześnie cisnąć na polu i wieczorami uczyć się programowania, ale chciałbym jakoś spożytkować ten czas, jeśli zdecyduję się wyjechać. Żeby nie było, że wrócę i znów będzie "no dobra, i co teraz?". Dostałem zadanie rekrutacyjne do kursu i będzie kminił.
A przed spaniem zrobię wpis z dzisiejszego dnia do dziennika. Swoją drogą to zauważyłem, jak bardzo pismo mi się pogorszyło i pisanie ładnie i czytelnie wymaga już pewnego wysiłku. Od dawna robię co najwyżej podpisy, więc umiejętność pisania zaczęła zanikać. Warto to ćwiczyć.
A pieseła masz fajnego.
Może kiedyś, jeśli będę już mieszkał na swoim i jakoś mi się życie ustabilizuje, to przygarnę kota. Ale musiałbym najpierw pokonać swoje przekonanie, że od kota w domu śmierdzi. 
Dziś byłem sam w domu przez jakiś czas, więc zmusiłem się do zadzwonienia do polskiej rekruterki w sprawie dogadania szczegółów pracy w Szwajcarii. Miałem wrażenie, że ona też była trochę zestresowana rozmową, przez co to ja poczułem się pewnie, obniżyłem głos i wszystko poszło bardzo sprawnie. Kiedyś sobie wymyśliłem sposób, który może pomagać w rozmowie przez telefon. Staram się wyobrazić sobie, że osoba, z którą mam rozmawiać, tak samo boi się telefonów i to właśnie moim zadaniem jest poprowadzić rozmowę tak, żeby tamtą osobę uspokoić. Sam rzadko kiedy stosuję się do tego, ale myślę, że warto próbować.
A więc teoretycznie mam już dogadane rozpoczęcie pracy w zupełnie obcym dla mnie kraju od 3 kwietnia. W razie czego zrobiłem też overbooking i zgłosiłem się do dawnej pracy w Niemczech od 10 kwietnia. Co roku sobie powtarzam, że już ostatni raz wyjeżdżam i na tym się skończy, ale kusi mnie, żeby jeszcze te parę miesięcy pomęczyć się z patusami i przywieźć kilkadziesiąt tysięcy. Byłem dziś na spacerze i wszystko we mnie krzyczy, żeby się wycofać. Stres rozwala mi głowę. Zawsze tak mam. Matka byłaby przerażona, ale ostatecznie by się przyzwyczaiła. Jak zawsze. Nie wiem, czy nie wrócę od razu z podkulonym ogonem i tylko stracę pieniądze, no ale kusi, żeby spróbować.
Musiałbym ogarnąć jeszcze trochę rzeczy do czasu wyjazdu - transport busem, ciuchy robocze, roaming, żeby nie zbankrutować przez chore stawki w Szwajcarii, a wcześniej odwiedzić stomatologa. Studia IT musiałbym wtedy przerwać, bo nie dam rady być nawet zdalnie na zajęciach. Zresztą nie jestem do nich w pełni przekonany. Jakbym je skończył, będę już po czterdziestce i konkurował na rynku jako junior z ludźmi o połowę młodszymi. A same studia jakością niestety nie grzeszą zawalając czas gównoprzedmiotami w ogóle nie związanymi z IT.
Zgłosiłem się za to dzisiaj do gościa, który organizuje roczne szkolenie IT z "gwarancją pracy". Cena spora, no i nie mam pewności, czy bym podołał jednocześnie cisnąć na polu i wieczorami uczyć się programowania, ale chciałbym jakoś spożytkować ten czas, jeśli zdecyduję się wyjechać. Żeby nie było, że wrócę i znów będzie "no dobra, i co teraz?". Dostałem zadanie rekrutacyjne do kursu i będzie kminił.
A przed spaniem zrobię wpis z dzisiejszego dnia do dziennika. Swoją drogą to zauważyłem, jak bardzo pismo mi się pogorszyło i pisanie ładnie i czytelnie wymaga już pewnego wysiłku. Od dawna robię co najwyżej podpisy, więc umiejętność pisania zaczęła zanikać. Warto to ćwiczyć.



