This forum uses cookies
This forum makes use of cookies to store your login information if you are registered, and your last visit if you are not. Cookies are small text documents stored on your computer; the cookies set by this forum can only be used on this website and pose no security risk. Cookies on this forum also track the specific topics you have read and when you last read them. Please confirm whether you accept or reject these cookies being set.

A cookie will be stored in your browser regardless of choice to prevent you being asked this question again. You will be able to change your cookie settings at any time using the link in the footer.

Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Skrajna nieporadność życiowa i fobia społeczna - co robić?
#4
Dzięki za ten film, dobrze przedstawiona patologiczna relacja matki z synem. Widziałem kiedyś animację w podobnej tematyce.

THE CORD - YouTube

Też mam tak samo, jak Ty miałeś z pizzą. Gdy coś próbuję robić, szczególnie przy jedzeniu lub praniu, to zaraz przybiega i mówi "zostaw, przestań, nie rób". A przy pracach bardziej męskich, jak przykręcenie karnisza, lampy, gniazdka, złożenie mebla itp. słyszę "krzywdę sobie zrobisz, przestań, bo się SPOCISZ, spadniesz, Jezus Maria nie mogę na to patrzeć"). I sprowadza sąsiadów do pomocy tłumacząc, że ja sobie nie daję rady, przez co ja się czuję ośmieszony, wściekły, czasem przerażony. 

Nie ma u niej agresji i wymówek stawianych w prost, jak u Dennisa. Bardziej takie pokazywanie, jak to bardzo dba o mnie i jak bardzo nie wyobraża sobie, żeby mogła zostać sama. Choć z drugiej strony mówi, że "kiedyś" muszę sobie ułożyć życie. I to podkreślanie na każdym kroku u wszystkich jej znajomych, jaką wyjątkową relację ma ze mną. Wszyscy mówią jej, jak to dobrze, że mieszkam z nią i że nie musi być sama. Mojej perspektywy nikt nie widzi, albo jej nie artykułuje, co utwierdza ją w przekonaniu, że wszystko jest ok. 

Takie upupianie dorosłego faceta, który sam się też od tego upupiania uzależnił. Z wygody. Niby mogę wyjść czasem do znajomych, ale i tak prawie każdy wieczór spędzam z nią przed TV, chodzimy na spacery tylko razem, nie mogę zamknąć się w drugim pokoju, tylko drzwi muszą być otwarte. Pyta się, kto do mnie dzwonił, co chciał, co mówił. Poznawałem w życiu różne kobiety, ale ZAWSZE matka przekonywała mnie, że to nie są odpowiednie osoby dla mnie i że kiedyś znajdę lepszą, na jaką zasługuję. 

Gdy wyjeżdżałem próbując się usamodzielnić, to musiałem zdawać relację, co jadłem, o której wstałem, co robiłem, w co byłem ubrany, ile mam na koncie, ile mam pensji, co kupiłem, ile wydałem i czemu tak dużo. I zawsze robiłem coś źle, więc musiałem wysłuchać zatroskanych rad "dla mojego dobra". Zawsze za mało jadłem, nie to co trzeba (a próba przejścia na wege zawsze była traktowana jak dziwactwo), więc albo zabierałem masę słoików przy każdej wizycie, albo ona przyjeżdżała pociągiem i choćby na peronie przekazywała mi jedzenie. Przez co nigdy nie podjąłem próby nauczenia się gotowania. A wszelkie ćwiczenia fizyczne poza spacerami to zło, bo można się spocić i przeziębić, a poza tym sport potrafi być szkodliwy i zabijać, bo tak mówili w "Pytaniu na śniadanie", więc tak zawsze jest. 

Zresztą łapię się na tym, że gdy coś się wydarzy w moim życiu, to pierwsze co robię, to dzwonię albo piszę do matki. A potem jestem na siebie wściekły, że to zrobiłem. Odruch Pawłowa.

Ojciec zmarł 10 lat temu, ale jako jedynak i to dość późny, byłem pod wielkim kloszem ochronnym bardzo długo, a do tego z wymaganiem bycia najlepszym w szkole za wszelką cenę pod groźbą kar i wpierdolu od ojca. Taka to była niezdrowa rywalizacja bardziej między rodzicami, niż uczniami w klasie. Po śmierci ojca jest tylko gorzej, bo nikogo oprócz mnie nie ma.

Twoją stronkę o nerwicy znam, już kilka lat temu zapisałem ją w zakładkach, choć widzę, że sporo się rozbudowała od tego czasu. Obecnie mam bardzo ograniczone możliwości wyboru tego, co jem, bo żarcie przynosi mi do pokoju, a próby ograniczenia jedzenia wiążą się z przesadną troską o to, czy coś mi jest, czy nie zachorowałem, a jak mówię, że nie chcę mieć brzucha, to słyszę, że głupoty gadam, bo każdy ma troche brzuch, ojciec miał brzuch, faceci tak mają i nie mogę być zbyt chudy, bo jestem bardzo wysoki. A sama reaguje źle, jak się jej mówi, że jeden sucharek na śniadanie, to za mało. Zamawianie do paczkomatu supli też jest trudne, bo każde moje samodzielne wyjście z domu jest rejestrowane i jak wracam z czymś w ręku, to narażam się na śledztwo. Wszystko oczywiście w łagodnej, uśmiechniętej, pełnej troski formie. Więc wszelkie "nieoficjalne" przesyłki muszę ukrywać pod kurtką, a potem chować w dziwnych miejscach, bo czasem zagląda w moje rzeczy mówiąc, że przecież nie mamy przed sobą tajemnic.

Mógłbym mieć więcej kasy odłożonej z pracy zagranicą, ale zawsze na coś "muszę" przeznaczyć. A to na implanty i licówki zębów dla niej za 30 tysięcy, a to na operację żylaków, a to na remont mieszkania, które nawet nie jest jej, tylko wynajmowane, bo niczego się z ojcem nie dorobili. Jest to taki myk, żebym nigdy nie uzbierał tyle, żeby mieć na wkład własny i żebym został z nią jak najdłużej. Zresztą łatwiej mi wydać cokolwiek na nią, niż dla siebie. Wyrzuty sumienia mnie zjadają. Na wakacje sam czy z kimś obcym nie pojadę, bo będę miał wyrzuty, że ja się bawię, a ona siedzi sama w domu.

Nie ma sensu, żebym więcej się uzewnętrzniał, bo za dużo już tych detali i robi się nudne. W każdym razie temat jest bardzo poważny i na pewno całkiem często spotykany. Nie sądzę, żeby pójście do psychologa cokolwiek dało. Stracę tylko kupę kasy na terapię, a pewnie nie dowiem się wiele więcej niż z rozmów z forumowiczami. Ewentualnie psychiatra, żeby zwalczyć psychosomatyczne objawy stresu i ciągłego napięcia, ale wiem, jakie masz zdanie o SSRI, więc prędzej zastosuję sumiennie suplementację, medytację i relaksację mięśniową.

Mógłbym jechać w kwietniu zagranicę, zarobić tam kilkadziesiąt tysięcy zapieprzając przez parę miesięcy, a potem wrócić do innego miasta i coś tam wynająć, ale tak co roku mówię. Ostatecznie wracam zawsze do matki, obiecuję sobie, że zacznę szukać pracę i się wyprowadzę, a potem mija kolejne pół roku, a ja jestem w punkcie wyjścia. I z roku na rok jest trudniej w temacie przebranżowienia się.

Mam plan, żeby wynająć coś w dużym mieście, kupić rower, znaleźć pracę choćby jako kurier rozwożący żarcie, żeby przełamać strach przed kontaktem z ludźmi i przy okazji mieć trochę ruchu, a poza tym zacząć się uczyć angielskiego i IT, żeby tak w ciągu roku móc wreszcie zacząć jakąś karierę zawodową. Zrobienie tego wszystkiego, pokonanie poczucia winy i walka o własną prywatność wydaje się jednak strasznie ciężkim zadaniem.
Odpowiedz


Wiadomości w tym wątku
RE: Skrajna nieporadność życiowa i fobia społeczna - co robić? - przez Temper - 03-08-2023, 04:25 PM

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości