No raczej jeden nerw tylko będą aktywować, a nie cały układ. Tu bardziej chodzi o systemowe rozwiązanie, zbicie poziomu noradrenaliny, powinna się zmienić chemia całego ciała. Jasne, że takie ćwiczenia coś tam pomogą, podobnie jak relaksacja czy medytacja, ale rozwiązanie powinno dotyczyć całego ciała.
Pytanie, czy to się w jakikolwiek sposób pokrywa z tym, że osoby z niedoborem B12 mają zanik obłączków? Czy zgadza się z chorobami tarczycy, gdzie w niedoczynności obłączki potrafią zanikać, a po podaniu hormonu wracać? Może chodzi nie tyle o wyciszenie współczulnego, ale właśnie aktywację przywspółczulnego? Bo w niedoczynności tarczycy to on ma zbyt niską aktywność. Oba zresztą mają. Podobnie jest przy niedoborze B12.
Czyli wynikałoby z tego, że nie tyle chodzi o brak równowagi między tymi dwoma systemami, współczulnym i przywspółczulnym, ale wyłącznie o zbyt niską aktywność przywspółczulnego. I może tu robiłem błąd, bo zawsze dążyłem właśnie do wyciszania współczulnego? Może w 2010 zadziałał żeń-szeń (potem próbowałem, ale miałem po nim problemy żołądkowe), a rok temu piracetam?
A tak z innej beczki, odsłuchuję właśnie audiobooka, "dziś narysujemy śmierć" o ludobójstwie w Rwandzie. I naszła mnie taka myśl, że ludzie może co prawda są tacy sami i wszyscy jesteśmy zdolni do takich zbrodni, co widać na przykładzie nawet konfliktu na Ukrainie i tego, jak Polacy na forach internetowych cieszą się z palonych żywcem w czołgach Rosjan, ale to, co różni między sobą grupy etniczne czy narody, to kultura. Coś, co jest kształtowane przez całe pokolenia.
Przykład Rosji, tam nie było krucjat, nie było etosu rycerskiego, nie było wpajania od urodzenia dzieciom przez matki, że słabszym trzeba się opiekować. W efekcie inwazję na Ukrainę traktują jako coś zwykłego, honorowego. Jesteśmy silniejsi, czemu mamy nie zabrać im pieniędzy, ziemi, fabryk. To opinia dominująca wśród zwykłych mieszkańców Rosji, dla nich taka przemoc to coś nie tyle akceptowalnego, co wręcz pożądanego. Żeby to się zmieniło, musi minąć kilka pokoleń.
W Afryce jest gorzej, bo tam w ogóle nie istnieje empatia, współczucie, poczucie wspólnoty jako grupy dążącej do jednego celu. Palili żywcem dzieci i praktycznie nie było wśród nich osób, które miały z tego powodu wyrzuty sumienia, które traktowały to jako coś złego. Matki nic takiego dzieciom nie wpajały, więc to nie istnieje w ich kulturze, w ich mentalności.
Zabawne, jak autor książki robi fikołki mentalne i oskarża o ludobójstwo a to kościół, a to białych kolonizatorów. A nie widzi tego "słonia w pokoju", czyli mentalności, ludzi dla których zabić drugą osobę to jak splunąć. To chyba podobna zasada, na której właściciele psów czy kotów nadają im cechy identyczne do swoich, ludzkie. Afrykańczycy oczywiście są ludźmi, ale autor książki nadaje im podświadomie cechy europejskie, których tamci po prostu nie posiadają.
Musi minąć naprawdę duuuużo pokoleń, żeby to zmienić.
Pytanie, czy to się w jakikolwiek sposób pokrywa z tym, że osoby z niedoborem B12 mają zanik obłączków? Czy zgadza się z chorobami tarczycy, gdzie w niedoczynności obłączki potrafią zanikać, a po podaniu hormonu wracać? Może chodzi nie tyle o wyciszenie współczulnego, ale właśnie aktywację przywspółczulnego? Bo w niedoczynności tarczycy to on ma zbyt niską aktywność. Oba zresztą mają. Podobnie jest przy niedoborze B12.
Czyli wynikałoby z tego, że nie tyle chodzi o brak równowagi między tymi dwoma systemami, współczulnym i przywspółczulnym, ale wyłącznie o zbyt niską aktywność przywspółczulnego. I może tu robiłem błąd, bo zawsze dążyłem właśnie do wyciszania współczulnego? Może w 2010 zadziałał żeń-szeń (potem próbowałem, ale miałem po nim problemy żołądkowe), a rok temu piracetam?
A tak z innej beczki, odsłuchuję właśnie audiobooka, "dziś narysujemy śmierć" o ludobójstwie w Rwandzie. I naszła mnie taka myśl, że ludzie może co prawda są tacy sami i wszyscy jesteśmy zdolni do takich zbrodni, co widać na przykładzie nawet konfliktu na Ukrainie i tego, jak Polacy na forach internetowych cieszą się z palonych żywcem w czołgach Rosjan, ale to, co różni między sobą grupy etniczne czy narody, to kultura. Coś, co jest kształtowane przez całe pokolenia.
Przykład Rosji, tam nie było krucjat, nie było etosu rycerskiego, nie było wpajania od urodzenia dzieciom przez matki, że słabszym trzeba się opiekować. W efekcie inwazję na Ukrainę traktują jako coś zwykłego, honorowego. Jesteśmy silniejsi, czemu mamy nie zabrać im pieniędzy, ziemi, fabryk. To opinia dominująca wśród zwykłych mieszkańców Rosji, dla nich taka przemoc to coś nie tyle akceptowalnego, co wręcz pożądanego. Żeby to się zmieniło, musi minąć kilka pokoleń.
W Afryce jest gorzej, bo tam w ogóle nie istnieje empatia, współczucie, poczucie wspólnoty jako grupy dążącej do jednego celu. Palili żywcem dzieci i praktycznie nie było wśród nich osób, które miały z tego powodu wyrzuty sumienia, które traktowały to jako coś złego. Matki nic takiego dzieciom nie wpajały, więc to nie istnieje w ich kulturze, w ich mentalności.
Zabawne, jak autor książki robi fikołki mentalne i oskarża o ludobójstwo a to kościół, a to białych kolonizatorów. A nie widzi tego "słonia w pokoju", czyli mentalności, ludzi dla których zabić drugą osobę to jak splunąć. To chyba podobna zasada, na której właściciele psów czy kotów nadają im cechy identyczne do swoich, ludzkie. Afrykańczycy oczywiście są ludźmi, ale autor książki nadaje im podświadomie cechy europejskie, których tamci po prostu nie posiadają.
Musi minąć naprawdę duuuużo pokoleń, żeby to zmienić.



