11-11-2025, 01:11 AM
Przemyślałem ze strontem, najlepiej chyba co drugi dzień brać. Akurat, na zmianę z żelazem będzie. No i chyba ważne jest, żeby odrobinę rozpuszczać w ustach, nie przełykać. Nie jestem pewien, czy takie coś sprawi, że jony będą wbudowane w szkliwo, ale były badania nad wysycaniem otoczenia szkliwa jonami i to faktycznie zwiększało stężenie strontu. Ale czy zadziała w takiej formie, w jakiej to mam, jakiś zwykły węglan ze sklepu chemicznego? A może dla zdrowia zębów wystarczy właśnie odrobinka rozpuszczana co jakiś czas w ślinie, może nic nie trzeba suplementować? Niektóre pasty do zębów mają stront w składzie. Pytanie w jakiej formie to musi być. Hmm, no węglan ma tę zaletę, że można go trzymać i trzymać, można też przełknąć, czego się nie zrobi z pastą, w każdym razie nie bez ryzyka zatrucia fluorem przy regularnym stosowaniu.
Teoretyczne rozkminy, bo mi też zależy na zdrowych kościach, więc będę brał większe dawki i połykał. Ale jeśli ktoś chce tylko o zęby zadbać i nie ufa takiemu suplementowi w większych dawkach, to jest jakiś sposób, odrobinkę węglanu rozmieszać ze śliną. No... ale jeśli już ktoś miałby bawić się w "odrobinki", lepiej zainwestować w dużo droższy, ale rozpuszczalny w wodzie chlorek.
Rzut na skórze głowy nie mija, to jeden z większych, jakie w ogóle miałem. Oczywiście jest o wiele za wcześnie, by pokazały się jakiekolwiek efekty żelaza, o ile ono w ogóle ma z tym cokolwiek wspólnego. Obserwuję dwie rzeczy, to oraz czy włosy nie zrobią się dużo mocniejsze. Już kiedyś dwa razy zaobserwowałem, że po żelazie w ogóle przestały wypadać, ale potem próbowałem powtórzyć i już nie było takiego efektu. Fakt, że brałem to żelazo za krótko, efekty uboczne się pojawiły jakieś. No ale jeśli włosy miałyby się wzmocnić, to by wyjaśniało rzut ŁZS, niski poziom żelaza osłabił skórę.
No i sen, niski poziom żelaza to jedna z najczęstszych przyczyn bezsenności. Było dobrze, pogorszyło się razem z tym rzutem, a wszystko jakoś zaraz po tym, jak wziąłem duże dawki B12, która wymusza przemieszczenie żelaza z innych tkanek do szpiku. Mocno naciągana hipoteza, ale na pewno coś z żelazem u mnie jest nie tak, bo zespół niespokojnych nóg to objaw jego niedoboru, ale nie w całym organizmie, tylko w konkretnym obszarze mózgu. I suplementacja jest w tym wypadku lekarstwem, więc wysycenie organizmu nadmiarem wysyca też ten obszar.
No i tak myślę, skoro łojotokowe zapalenie skóry i zespół niespokojnych nóg często się ze sobą łączą, może gdzieś tam, jakby się przyjrzeć, znalazłoby się wspólny element, który ma coś wspólnego z żelazem? Oczywistym jest poziom niektórych kwasów tłuszczowych, które w obu tych chorobach są mocno obniżone. Ale czy on jest przyczyną, czy skutkiem? I w jaki sposób łączy się z tym żelazo?
Do czego dążę, przy zespole niespokojnych nóg samo żelazo co prawda jest lekiem, ale trzeba go brać bardzo dużo, dawki na tyle poważne, że po prostu mocno szkodzą na wszystko inne, lecząc zespół. W tej chorobie główny problem to to, że organizm nie potrafi żelaza przemieścić w odpowiednie obszary. Zalewanie go gigadawkami jest rozwiązaniem, ale być może istnieje rozwiązanie dużo lepsze.
No właśnie. Jakie? Znalazłem dwie rzeczy, które towarzyszą zespołowi, stres oksydacyjny i niski poziom GLA/DGLA. Ze stresem teraz działam, biorę codziennie 400 mg witaminy E, ale może GLA i żelazo też ze sobą współgrają? Może trzeba te dwie rzeczy brać razem, jeśli ma się to konkretnie schorzenie? I może dlatego moje próby wyleczenia ŁZS za pomocą oleju z ogórecznika nie przyniosły spodziewanych rezultatów, może konieczne jest równoległe branie żelaza? Albo gigadawek witaminy E, by wyciszyć wszystkie wolne rodniki, ewentualnie wyciszyć tarczycę, co już jest moim konkretnie problemem, a nie ogólnie osób z zespołem i z ŁZS?
Olej tak czy tak miałem pić, więc dobrze by było go teraz dopilnować, akurat się kończy to trzeba kupić.
Poza tym - bez większych zmian, pilnuję B12 i benfo, biorę E, D3 i A, do żelaza dorzuciłem trochę kwasu foliowego. Cynk odstawiłem, o oleju kokosowym totalnie nie pamiętam. Astaksantynę zacząłem.
Samopoczucie i obłączki raczej bez zmian, dziś oczywiście sporo gorzej, ale to efekt źle przespanej nocy. Ten obłączek, co był widoczny na środkowym palcu, całkowicie się schował. One BYŁY przez chwilę trochę większe. Jeśli witamina E ma pomóc, to jest jeszcze za wcześnie na efekty.
Jeśli się nie pojawią, pozostanie tryptofan. Jego na pewno nie brałem w 2010. Mogłem w 2020, ale mogłem też nie, teraz już się tego nie dowiemy.
No i jest taki myk, że w 2010 brałem duże dawki przeciwutleniaczy, a one zwiększają poziom tryptofanu, chroniąc go przed utlenianiem. Brałem też odżywkę białkową, która go zawiera i zwiększa poziom (niekiedy można przeczytać, że blokuje, ale jeśli dobrze pamiętam, badania wykazały, że podnosi).
Czyli tryptofan nie jest takim całkowicie głupim założeniem, to, że na 100% go nie brałem gdy miałem jeden z okresów dużego wzrostu obłączków nie wyklucza go, bo mogłem robić inne rzeczy, które na niego wpływają.
Teoretyczne rozkminy, bo mi też zależy na zdrowych kościach, więc będę brał większe dawki i połykał. Ale jeśli ktoś chce tylko o zęby zadbać i nie ufa takiemu suplementowi w większych dawkach, to jest jakiś sposób, odrobinkę węglanu rozmieszać ze śliną. No... ale jeśli już ktoś miałby bawić się w "odrobinki", lepiej zainwestować w dużo droższy, ale rozpuszczalny w wodzie chlorek.
Rzut na skórze głowy nie mija, to jeden z większych, jakie w ogóle miałem. Oczywiście jest o wiele za wcześnie, by pokazały się jakiekolwiek efekty żelaza, o ile ono w ogóle ma z tym cokolwiek wspólnego. Obserwuję dwie rzeczy, to oraz czy włosy nie zrobią się dużo mocniejsze. Już kiedyś dwa razy zaobserwowałem, że po żelazie w ogóle przestały wypadać, ale potem próbowałem powtórzyć i już nie było takiego efektu. Fakt, że brałem to żelazo za krótko, efekty uboczne się pojawiły jakieś. No ale jeśli włosy miałyby się wzmocnić, to by wyjaśniało rzut ŁZS, niski poziom żelaza osłabił skórę.
No i sen, niski poziom żelaza to jedna z najczęstszych przyczyn bezsenności. Było dobrze, pogorszyło się razem z tym rzutem, a wszystko jakoś zaraz po tym, jak wziąłem duże dawki B12, która wymusza przemieszczenie żelaza z innych tkanek do szpiku. Mocno naciągana hipoteza, ale na pewno coś z żelazem u mnie jest nie tak, bo zespół niespokojnych nóg to objaw jego niedoboru, ale nie w całym organizmie, tylko w konkretnym obszarze mózgu. I suplementacja jest w tym wypadku lekarstwem, więc wysycenie organizmu nadmiarem wysyca też ten obszar.
No i tak myślę, skoro łojotokowe zapalenie skóry i zespół niespokojnych nóg często się ze sobą łączą, może gdzieś tam, jakby się przyjrzeć, znalazłoby się wspólny element, który ma coś wspólnego z żelazem? Oczywistym jest poziom niektórych kwasów tłuszczowych, które w obu tych chorobach są mocno obniżone. Ale czy on jest przyczyną, czy skutkiem? I w jaki sposób łączy się z tym żelazo?
Do czego dążę, przy zespole niespokojnych nóg samo żelazo co prawda jest lekiem, ale trzeba go brać bardzo dużo, dawki na tyle poważne, że po prostu mocno szkodzą na wszystko inne, lecząc zespół. W tej chorobie główny problem to to, że organizm nie potrafi żelaza przemieścić w odpowiednie obszary. Zalewanie go gigadawkami jest rozwiązaniem, ale być może istnieje rozwiązanie dużo lepsze.
No właśnie. Jakie? Znalazłem dwie rzeczy, które towarzyszą zespołowi, stres oksydacyjny i niski poziom GLA/DGLA. Ze stresem teraz działam, biorę codziennie 400 mg witaminy E, ale może GLA i żelazo też ze sobą współgrają? Może trzeba te dwie rzeczy brać razem, jeśli ma się to konkretnie schorzenie? I może dlatego moje próby wyleczenia ŁZS za pomocą oleju z ogórecznika nie przyniosły spodziewanych rezultatów, może konieczne jest równoległe branie żelaza? Albo gigadawek witaminy E, by wyciszyć wszystkie wolne rodniki, ewentualnie wyciszyć tarczycę, co już jest moim konkretnie problemem, a nie ogólnie osób z zespołem i z ŁZS?
Olej tak czy tak miałem pić, więc dobrze by było go teraz dopilnować, akurat się kończy to trzeba kupić.
Poza tym - bez większych zmian, pilnuję B12 i benfo, biorę E, D3 i A, do żelaza dorzuciłem trochę kwasu foliowego. Cynk odstawiłem, o oleju kokosowym totalnie nie pamiętam. Astaksantynę zacząłem.
Samopoczucie i obłączki raczej bez zmian, dziś oczywiście sporo gorzej, ale to efekt źle przespanej nocy. Ten obłączek, co był widoczny na środkowym palcu, całkowicie się schował. One BYŁY przez chwilę trochę większe. Jeśli witamina E ma pomóc, to jest jeszcze za wcześnie na efekty.
Jeśli się nie pojawią, pozostanie tryptofan. Jego na pewno nie brałem w 2010. Mogłem w 2020, ale mogłem też nie, teraz już się tego nie dowiemy.
No i jest taki myk, że w 2010 brałem duże dawki przeciwutleniaczy, a one zwiększają poziom tryptofanu, chroniąc go przed utlenianiem. Brałem też odżywkę białkową, która go zawiera i zwiększa poziom (niekiedy można przeczytać, że blokuje, ale jeśli dobrze pamiętam, badania wykazały, że podnosi).
Czyli tryptofan nie jest takim całkowicie głupim założeniem, to, że na 100% go nie brałem gdy miałem jeden z okresów dużego wzrostu obłączków nie wyklucza go, bo mogłem robić inne rzeczy, które na niego wpływają.



